Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Czy prof. Romuald Dębski powinien mieć kościelny pogrzeb?

Nie jest wielką tajemnicą, iż w ostatnich dziesięcioleciach hierarchia katolicka ma dość poważne problemy z egzekwowaniem ducha i litery prawa kanonicznego w odniesieniu do tego, komu powinien być odmówiony kościelny pochówek. Kodeks Prawa Kanonicznego w kanonie 1184 stwierdza wszak, że takiego obrzędu pozbawieni winni być m.in. ekskomunikowani, notoryczni heretycy oraz jawni grzesznicy, jeśli „przed śmiercią nie okazali żadnych oznak pokuty„. Mimo to jednak, czy to zagranicą czy to w Polsce nieraz słyszy się o osobach zmarłych, które za życia podpadały pod wyżej wymienione kategorie, a jednak po śmierci otrzymały kościelny pogrzeb, chociaż nie za bardzo było wiadomo, by wyraziły jakieś zewnętrzne oznaki skruchy za popełnione przez siebie nieprawości. Przykładowo, w Stanach Zjednoczonych w 2009 roku odbył się uroczysty kościelny pochówek senatora Teda Kennedy’ego, który był jednym z gorliwszych zwolenników legalności aborcji na życzenie oraz małżeństw homoseksualnych. Z kolei, w Polsce słyszeliśmy już o kościelnym pogrzebie Daniela z Ełku, który zginął na krótko po tym, jak dokonał kradzieży oraz obrzucił obelgami pracowników jednej z restauracji. Nie tak dawno w naszym kraju nie tylko sam katolicki pochówek, ale została też odprawiona Msza pogrzebowa w której wręcz pod niebiosa wychwalano zmarłego zostały odprawione za jednego artystę-muzyka, znanego ze współpracy z ruchami LGBT oraz upowszechniania różnych form bezwstydu.

 

W podobnym (choć nie dokładnie identycznym duchu) można odczytywać fakt udzielenia katolickiego obrzędu pogrzebowego znanemu lekarzowi-ginekologowi prof. Romualdowi Dębskiemu. Człowiek ten był bowiem znany z dokonywania aborcji oraz tego, iż w podległej mu placówce dokonywano takich zabiegów. W tym zakresie stanowił więc on przykład „jawnego grzesznika” na którym dodatkowo ciążyła kara automatycznej ekskomuniki (patrz: Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 1398).  Ponadto, można by się poważnie zastanawiać nad tym, czy prof. Dębski nie był tak naprawdę heretykiem, gdyż uważając za słuszną legalność aborcji w niektórych wypadkach sprzeciwiał się tym samym doktrynie powszechnego Magisterium zwyczajnego Kościoła, które uczy, iż każda aborcja powinna być prawnie zakazana. A nauczanie na temat wiary i moralności przekazywane przez powszechne i zwyczajne Magisterium Kościoła należy do nieomylnej doktryny, którą chrześcijanie winny przyjmować aktem wiary Boskiej i katolickiej, i której uparte przeciwstawianie się oznacza herezję. Nie można zaś mówić, iż katolickie nauczanie na temat nielegalności aborcji nie należy do zakresu moralności, ale tyczy się „tylko polityki„. Jest to po prostu nauczanie na temat moralnych powinności osób sprawujących władzę, które dodatkowo jest w pewien, przynajmniej pośredni sposób, zakorzenione w nauczaniu Pisma świętego mówiącego, iż „władza nie na próżno nosi miecz” po to by „karać zło i złych” (Rz 13: 1 – 4).

Istniały więc poważne powody, by w świetle ducha i litery prawa kanonicznego zakazującego udzielania kościelnego pogrzebu niektórym kategoriom zmarłych osób zadawać pytania o stosowność udzielenia takowego prof. Romualdowi Dębskiemu. Co jeszcze ważniejsze w tej sprawie, tak naprawdę nie wiemy, czy człowiek ten przed śmiercią wyraził na płaszczyźnie zewnętrznej jakiekolwiek oznaki skruchy. Co prawda, kuria warszawska w swym komunikacie tyczącym się jego pogrzebu stwierdziła, iż „został on opatrzony przed śmiercią sakramentami świętymi”, ale z tak enigmatycznego stwierdzenia może wynikać z jednej strony wszystko, z drugiej zaś nic w temacie ewentualnego żalu prof. Dębskiego. Mógł on wszak się wyspowiadać i wtedy rzeczywiście byłby to z jego strony akt, który mógłby być interpretowany jako przejaw skruchy. Ale równie dobrze, mógł prof. Dębski zostać opatrzony sakramentem namaszczenia chorych wówczas, gdy znajdował się już w stanie nieprzytomności i co więcej ów sakrament mógł mu być wówczas udzielony nie na jego wcześniejszą prośbę, ale na wniosek jego rodziny. W tym drugim wypadku nie byłoby tak naprawdę żadnych zewnętrznych oznak skruchy prof. Dębskiego i opatrzenie go sakramentem chorych nie powinno być podstawą do udzielenia mu kościelnego pogrzebu. Ponadto, gdyby ów znany lekarz-ginekolog rzeczywiście przystąpił do spowiedzi to fakt publicznego charakteru zła, jakie popełniał powinien zmotywować spowiadającego go księdza, by zobowiązał swego penitenta do wyrażenia jakiejś publicznej formy skruchy.

 

Żadnej z tych poważnych wątpliwości kuria warszawska jednak nie wyjaśniła. Nie wiemy, czy prof. Dębski się przed śmiercią wyspowiadał. Nie wiemy czy sam prosił o sakrament namaszczenia chorych, czy może zrobiła to jego rodzina wówczas, gdy pozbawiony on był świadomości. Co najważniejsze, nie wiemy wreszcie, czy prof. Dębski był gotów publicznie odciąć się od swych wcześniejszych czynów i wypowiedzi w kwestii aborcji. Trudno więc, w przypadku kościelnego pogrzebu dla tego człowieka nie mówić o zgorszeniu wiernych. Jedną z cech zgorszenia jest bowiem przysłowiowe mieszanie ludziom w głowach, upewnianie ich w błędnych przekonaniach, usprawiedliwianie zła. Jak zaś określić sytuację, w której mianem „Bożego sługi”(bo takim mianem nazywa się w katolickich obrzędach pogrzebowych osobę umarłą) zwie się człowieka zmarłego w krótkim czasie po tym, jak patronował on dokonywaniu niektórych aborcji, a także utrzymywał, że w niektórych przypadkach zabijanie nienarodzonych dzieci powinno być legalne? Człowieka, o którym tak naprawdę nie wiemy nic, czy przed swą śmiercią wyraził żal z powodu tych swych czynów i przekonań? Czy nie jest w końcu wręcz groteskową sytuacja, w której modlitwa pogrzebowa o treści: „Pożegnajmy zmarłego (który) Przez całe życie pracował i cierpiał z Chrystusem” jest wygłaszana nad taką osobą? Przecież taka sytuacja naraża na śmieszność powagę kościelnych obrzędów, a poza tym może utwierdzać ludzi w ich grzesznym stylu życia.