Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Biskupi powinni donosić do organów ścigania na podległych sobie księży-pedofilów

Mimo, iż postulat zawarty w treści powyższego tytułu wydaje się aż nadmiar oczywisty, zbyt często pozostawał on martwą literą. Niestety bowiem bardzo trudno byłoby znaleźć przykłady katolickich hierarchów, którzy z własnej inicjatywy zawiadamiali by świeckie organy ścigania o przypadkach podległych im księży, co do których zachodziły uzasadnione podejrzenia, iż dopuszczali się oni czynów będących w świetle prawa przestępstwami seksualnymi (a więc głównie wykorzystywania nieletnich, ale też np. gwałtów na osobach dorosłych). Cóż z tego, że takie rozwiązanie podpowiada zdrowy rozsądek, prawo, a także elementarne poczucie przyzwoitości? Katoliccy biskupi zwykle stosowali wobec przestępców seksualnych w sutannach znacznie łagodniejsze i zwykle daleko niewystarczające sankcje w postaci przenoszenia ich z parafii na parafię, czasowego odsuwania takowych od pracy z dziećmi i młodzieżą, wysyłania na psychoterapie, etc. Szczytem surowości ze strony hierarchów było, jeśli podległy im ksiądz został wydalony z czynnej służby kapłańskiej. Słusznym więc będzie pytanie, co mogło stać za tak nieroztropną łagodnością katolickich biskupów okazywaną wobec tak odrażających postępków ich duchowych synów? Poniżej więc postaram się nieco wgłębić w możliwy sposób myślenia i uzasadniania tej łagodnej postawy, jednocześnie pokazując błędność owych usprawiedliwień.

 

Jednym z możliwych uzasadnień nakreślonego wyżej stanu rzeczy mogło być odwołanie się do swego rodzaju ojcowsko-synowskiej relacji, jaka ma łączyć biskupa z jego księżmi. Za tym zaś prawdopodobnie szło myślenie w stylu: „Jaki to ojciec wydaje swe dzieci policji? Co innego napominać, co innego starać się poprawić swe dzieci, ale wtrącać je do więzienia? O nie, tego już by było za dużo„. Cóż, na tę obiekcję można odpowiedzieć w dwojaki sposób. A więc, biskup jest ojcem owszem dla swych księży, ale ma być takowym także dla swych „świeckich” owieczek, a więc także dla tych nieletnich, którzy byli krzywdzeni przez jego duchowych synów. A zatem powinnością biskupa było nie tyle zbytnie litowanie się nad więziennym losem swych księży, ale roztaczanie ochronnego muru wokół tych, którzy byli lub mogli być w przyszłości przez nich krzywdzeni. A prawda jest taka, że nawet najsurowsze kościelne sankcje w rodzaju suspensy, zeświecczenia danego księdza czy choćby i samej ekskomuniki zwykle nie były skuteczne jeśli chodzi o zapewnienie nieletnim ochrony przed seksualnymi drapieżcami w sutannach i koloratkach. Mówiąc wprost: jeśli dany ksiądz trafi na kilka lat do więzienia to jest niemal 100 procentowa pewność, że przez te kilka lat nie wykorzysta już seksualnie żadnego dziecka (chyba, że trafi na przepustkę lub ucieknie z zakładu karnego). Ksiądz zaś, który nawet i zostałyby zlaicyzowany, wciąż jest na wolności i wciąż może szukać sobie ofiar wśród nieletnich. Rachunek więc odnośnie tego, co bardziej chroni potencjalne ofiary przed zwyrodniałymi księżmi jest zatem bardzo prosty.

Po drugie: nie jest prawdą, że dobry ojciec nigdy nie wtrąci swego syna do więzienia. Rozumieją to nawet ci ze „świeckich” rodziców, którym z bólem serca zdarzało się donosić na swe złe i zdemoralizowane dzieci do organów ścigania wówczas, gdy nie widzieli już realnych szans na to, by ich dzieci przestały czynić zło. Co więcej, sam Bóg wskazał nam właściwy kierunek myślenia w tych sprawach, gdy w Prawie Mojżeszowym nakazał rodzicom ciągle czyniącego rozpustę i pijaństwo syna doprowadzić do ukarania i to nie tyle więzieniem co samą śmiercią:

Jeśli ktoś będzie miał syna nieposłusznego i krnąbrnego, nie słuchającego upomnień ojca ani matki, tak że nawet po upomnieniach jest im nieposłuszny,  ojciec i matka pochwycą go, zaprowadzą do bramy, do starszych miasta, i powiedzą starszym miasta: Oto nasz syn jest nieposłuszny i krnąbrny, nie słucha naszego upomnienia, oddaje się rozpuście i pijaństwu. Wtedy mężowie tego miasta będą kamienowali go, aż umrze. Usuniesz zło spośród siebie, a cały Izrael, słysząc o tym, ulęknie się” (Pwt 21, 18-21).

Wiemy, że „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8), a więc nawet powyższe surowe Boże prawo było zgodne z miłością. Skoro zatem wydanie na śmierć własnego dziecka mogło być przejawem miłości, to tym bardziej wsadzenie go do więziennej celi może być zgodne z miłością doń.

 

Innym z możliwych uzasadnień oporów biskupów przed wydawaniem swych księży organom ścigania mogło być dość typowe dla „posoborowej” mentalności myślenie przeciwstawiające okazywanie miłości bliźnim z karaniem grzechu. Jest to jednak kontrastowanie czegoś, co nie powinno być w ten sposób traktowane. Karanie grzechu samo w sobie nie kłóci się wszak z miłowaniem karanej osoby, ale przeciwnie może być jednym z wyrazów takiej miłości. Jeśli intencją karania jest: 1. Poprawienie karanego; 2. Doprowadzenie do tego, żeby karany przynajmniej rzadziej popełniał złe czyny; 3. Ochrona innych osób przed złymi działaniami karanej osoby; to nie ma w takim karaniu żadnej nienawiści, ale przeciwnie jest to przejaw miłości bliźniego. Ba, jednym z tzw. grzechów cudzych jest postawa, która wyrażona została w słowach: „Grzechu nie karać„. Echem tego tradycyjnego nauczania jest sformułowanie ujęte w Katechizmie Kościoła Katolickiego, gdzie jako odpowiedzialność za grzechy popełniane przez inne osoby określa się: „chronienie tych, którzy popełnili zło” (n. 1868). Pismo święte w aprobatywny sposób uczy o tym, że władze cywilne zostały ustanowione po to, by karać złoczyńców (Rz 13, 3-4; 1 P 2, 14), wskazując też na to, iż karcenie grzechów jest wyrazem Bożej miłości oraz troski (Hbr 12, 6; Ap 3, 19). Z drugiej zaś strony w Biblii w nieprzychylny sposób jest zaś pokazany przykład Heliego, który widząc poważne nieprawości swych synów ograniczał się tylko do słownego ich napominania, nie sięgając wobec nich po jakieś konkretne środki karne (1 Krl 2 – 4). Karanie grzechów jest też obowiązkiem władz kościelnych co widzimy choćby w takich fragmentach Pisma świętego jak: 2 Tm 2, 4; 1 Kor 5, 5; 2 Kor 7, 11.

 

Jeszcze inną, tym razem jednak bardziej „przedsoborową” obiekcją wobec wydawania świeckim władzom przez biskupów księży podejrzanych o seksualne przestępstwa może być odwołanie się do wielowiekowej praktyki kościelnej, która domagała się odrębnych od cywilnych sądów dla osób duchownych. Mówiąc w skrócie, od mniej więcej średniowiecza do gdzieś 18 lub 19 wieku księży winnych przestępstw zazwyczaj nie sądziły sądy świeckie, ale czyniły to specjalnie powołane do tego celu trybunały kościelne. Niektórzy uzasadnienie tej praktyki mogą widzieć nie tylko w dyscyplinarnych, ale też doktrynalnych wypowiedziach Kościoła, czego przykładem może być bulla „Unam Sanctam” papieża Bonifacego VIII, gdzie czytamy m.in.:

Jeśli więc ziemska władza idzie złą drogą, będzie sądzona przez władzę duchowną, lecz jeśli złą drogą idzie niższa władza duchowna, przez wyższą od siebie, jeśli zaś najwyższa, przez samego Boga, nie będzie mogła być sądzona przez człowieka, ponieważ Apostoł zaświadcza: „Duchowy człowiek rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony” (1 Kor 2, 15).

Na tego rodzaju zastrzeżenia można odpowiedzieć, iż w bulli „Unam Sanctam” nie musiało chodzić o to, że żaden ksiądz nigdy nie może być sądzony przez cywilne trybunały za popełniane przez siebie kryminalne przestępstwa. Sam ów dokument nie jest zbyt precyzyjny w tej kwestii i może też w nim chodzić o sytuacje, które zdarzały się w historii Kościoła, a mianowicie, gdy jakiś król widząc niegodziwość danego papieża chciał go w zbrojny sposób obalić i na jego miejsce powołać innego Biskupa Rzymu. Poza tym, takie absolutne rozumienie bulli „Unam Sanctam” nie było podzielane choćby przez papieża św. Piusa V, który duchownych winnych homoseksualnych występków nakazywał przekazywać władzom świeckim po to, by te ich osądziły i ukarały. Trzeba też wreszcie wziąć pod uwagę okoliczności historyczne kościelnej praktyki odrębnego sądzenia osób duchownych. W dawnych bowiem wiekach Kościół oprócz sankcji duchowych dysponował też całym arsenałem kar doczesnych mogąc karcić za pomocą chłosty, zakuwania w dyby, a nawet posiadając własne odrębne więzienia. Dziś jednak, władze kościelne takimi sankcjami doczesnymi już nie dysponują, więc podtrzymywanie postulatu, by powołując się na bullę Bonifacego VIII nie wsadzać do więzień księży pedofilów bądź gwałcicieli oznaczałoby, iż w sferze doczesnej mogą oni czuć się absolutnie bezkarni. Pomijając zaś już inne możliwe interpretacje bulli „Unam Sanctam” to najpewniej nie o coś takiego chodziło Bonifacemu VIII. Warto też dodać, iż św. Paweł Apostoł kiedy był ciągany przed cywilne trybunały za swe rzekome przestępstwa i przewinienia mówił: „Jeśli zawiniłem i popełniłem coś podpadającego pod karę śmierci, nie wzbraniam się umrzeć” (Dz 25, 11).

 

Można wreszcie zapytać, czy wsadzanie księży winnych seksualnych przestępstw do więzień nie będzie dla nich tak naprawdę bardziej deprawujące? Wszak, np. w polskich więzieniach zdecydowana większość osadzonych prędzej czy później wraca do zakładów karnych, a pedofile są tam dodatkowo nieraz narażeni na wymierzoną w nich przemoc seksualną. Patrząc więc z tej perspektywy, być może niejeden biskup litował się nad swym duchowym synem myśląc, iż skoro prawdopodobnie więzienie i tak nie poprawi jego podwładnego, to może lepiej jest sięgnąć po łagodniejsze sankcje?

Na ten zarzut można odpowiedzieć w następujący sposób. Otóż, prawdą jest, że zwykle więzienia są mniej lub bardziej ryzykowne dla moralnego rozwoju osadzonych w nich osób. Skoncentrowanie w jednym miejscu osób o podobnych złych skłonnościach sprzyja bowiem umacnianiu w nich owych nieprawych tendencji. Dlatego też trzeba myśleć nad tym, jak ograniczyć wskazane wyżej niebezpieczeństwo systemu więziennego np. poprzez przywrócenie kar w rodzaju chłosty, dawanie więźniom pracy oraz maksymalne izolowanie ich od siebie. Mimo jednak wszystkich braków kary pozbawienia wolności nie jest ona sama w sobie zła i niemoralna, dlatego może i powinna być orzekana wobec niebezpiecznych dla społeczeństwa jednostek. Poza tym, o ile pobyt w więzieniu owszem często demoralizuje, to bezkarność deprawuje jeszcze bardziej (podobnie jak bardzo łagodne karanie za ciężkie występki). Co do zaś przemocy seksualnej na jaką w więzieniach narażeni są pedofile i gwałciciele to owszem jest to praktyka jako taka naganna, haniebna i niemoralna. Nawet jeśli jest ona jednak częstym zjawiskiem to nie przynależy do istoty kary pozbawienia wolności. Przemoc seksualna jest tolerowanym, ale ubocznym i nielegalnym skutkiem pobytu w więzieniu. Należy zwalczać ten haniebny zwyczaj, jednak nawet jeśli nie da się go zwalczyć, to i tak nie zmienia to faktu, że wsadzanie seksualnych przestępców do więzień jest jako takie czymś dobrym. W wyjaśnieniu tego sposobu myślenia przychodzi nam zasada tzw. podwójnego skutku. Zasada ta mianowicie mówi nam, że dla ważnych przyczyn jest moralnie dozwolone popełnienie jakiegoś dobrego lub przynajmniej obojętnie moralnego czynu, nawet jeśli zdajemy sobie sprawę z tego, iż dalsze jego następstwa będą złe. Przykładowo, strzelanie z karabinu w głowę kobiety w ciąży, która chce detonować bombę w przedszkolu jest moralnie dobre mimo, iż przewidywanym ale niezamierzonym efektem tego dobrego działania będzie śmierć jej niewinnego, nienarodzonego dziecięcia. Co innego, gdyby ktoś wpadł na pomysł wzięcia jako zakładnika powiedzmy, że innego narodzonego już dziecka takiej kobiety i byłby gotowy je zabić w wypadku, gdyby ta niewiasta nie odstąpiła od swego planu detonacji bomby w przedszkolu. Takie działanie byłoby absolutnie niedopuszczalne, nawet jeśli miałoby na celu realizację większego dobra, jakim byłoby ocalenie od śmierci większej ilości niewinnych dzieci. Jednak wsadzanie ludzi do więzień zdecydowanie mieści się w tym pierwszym, a nie drugim scenariuszu. A więc, kara więzienia nie jest jako taka zła, choć wiemy, że w praktyce wiąże się ona z dość dużym ryzykiem tak dalszej demoralizacji osadzonych, jak i występowania pośród nich różnych haniebnych nadużyć (np. przemocy seksualnej czynionej wobec pedofilów). Dla większego dobra społeczności czynimy więc to, co jako takie nie jest złe – czyli wsadzamy do cel więziennych niebezpieczne jednostki – a przewidujemy mogące z tego wyniknąć złe skutki – czyli seksualną przemoc, itp.

 

Nie ma zatem dobrych powodów, by biskupi nie donosili na swych księży do organów ścigania. Przeciwnie jest to ich obowiązek wynikający tak ze zdrowego rozsądku, obowiązującego w wielu krajach prawa, jak i elementarnego poczucia przyzwoitości oraz moralności. Jak smutne jest to, że biskupi nie wydając swych podwładnych policji, sądom i prokuraturze częściej stawali się tymi, którzy chronili wilki zamiast bronić owce przed wilkami.