Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Tolerancja czy grzechy cudze?

Tolerancja od wielu lat jest jednym z najbardziej popularnych słów. Wyraz ten stał się fundamentalną cnotą promowaną przez mass media. Tolerancja stała się swoistą „supercnotą” nowoczesnego społeczeństwa, mieszcząc w sobie konotacje z całym szeregiem innych dobrych cech: miłością bliźniego, życzliwością, mądrością, wielkodusznością, serdecznością, łagodnością, uprzejmością, etc. Z kolei nietolerancja zyskała status głównego wroga publicznego kojarząc się ze złem w rodzaju: nieżyczliwości, mściwości, nieuprzejmości, srogości, nienawiści, a nawet skłonnością do zbrodni. W efekcie takiej propagandy, ze świecą można dziś szukać ludzi, którzy przyznali by się do bycia nietolerancyjnym, a ci, którym takiż zarzut jest stawiany, zapierają się rękoma i nogami, iż są tolerancyjnymi ludźmi jak najbardziej. Krótko mówiąc: każdy chce być tolerancyjny, zaś oskarżenie kogoś o nietolerancję ma współcześnie taki ciężar gatunkowy, jak zarzucenie komuś faszyzmu, nazizmu, antysemityzmu czy też sekciarstwa.

Czym więc jest tolerancja? Czy jest ona cnotą czy wadą? A może tolerancja stanowi – w zależności od sytuacji -raz cnotę, a innym razem wadę?

Cnota nietolerancji

Biorąc do ręki któryś ze współczesnych słowników lub encyklopedii dowiemy się z nich, iż tolerancja oznacza „uznawanie prawa innych ludzi do posiadania poglądów, gustów, preferencji seksualnych, wyznawania religii odmiennych od osoby oceniającej”. Bardzo często mianem postawy tolerancyjnej określa się szacunek dla odmiennych zachowań i przekonań, a nawet ich aprobowanie czy wspieranie. Nietolerancyjnością zwie się z kolei całą gamę zachowań, począwszy od prób zakazywania, karania, albo przynajmniej ograniczania jakiegoś zjawiska, a skończywszy na jasnym moralnym piętnowaniu zachowania, które uważa się za negatywne. Tak też nietolerancyjnym w określonym wyżej znaczeniu, będzie zarówno rząd karzący za homoseksualizm, miejskie władze nie wydające zezwolenia na demonstrację idącą pod hasłami wsparcia dla tegoż zboczenia, jak i duchowny ogłaszający z ambony, iż sodomia jest grzechem obrażającym Pana Boga i niszczącym godność ludzką.

Jest aż nader jasnym, iż takie rozumienie tolerancji stanowi heretycką bezbożność, która u samych fundamentów niszczy wiele z tradycyjnych zasad moralności chrześcijańskiej. Po pierwsze bowiem to, co obraża Pana Boga (a więc wszelki, najmniejszy nawet grzech), w sensie obiektywnym, nie ma prawa istnieć. Nie istnieje coś takiego jak prawo do cudzołóstwa, homoseksualizmu, pornografii, aborcji, bałwochwalstwa, kłamstwa, bluźnierstwa czy pijaństwa. Tym bardziej, coś co sprzeciwia się Bożemu prawu nie może być darzone szacunkiem, aprobatą czy też wsparciem. Wprost przeciwnie, winno być ono zwalczane, prześladowane, karane i ganione. Tradycyjna teologia moralna bardzo dobrze zna pojęcie tzw. grzechów cudzych. Wśród nich znajdują się takie postawy względem grzechu jak, m.in. niekaranie, zezwalanie, pochwalanie, bronienie, milczenie, pomoc w popełnieniu złego uczynku. Nie trudno zauważyć, że właśnie do takowych grzechów cudzych zachęca współczesna ideologia tolerancji.

Tolerancja – cnota niebezpieczna

Obok wspomnianej wyżej bezbożnej i heretyckiej definicji tolerancji, istnieje inne, poprawne rozumienie tego słowa. Właściwe znaczenie tolerancji wywodzi się od pierwotnego tłumaczenia tego terminu, które znaczy „cierpliwe znoszenie” czegoś, co budzi naszą głęboką dezaprobatę. Tradycyjne rozumienie tolerancji zakłada zawieszenie aktywnego przeciwstawienia (karania czy nawet upominania grzechu) się jakiemuś złu, w imię zachowania jakiegoś większego dobra lub zapobieżenia większemu złu. Może to być porównane do działalności lekarza mającego do czynienia z pewnego rodzaju, groźnym nowotworem. Owa tkanka rakowa wyróżnia się tym, iż próba natychmiastowej, gwałtownej ingerencji chirurgicznej grozi śmiercią pacjenta. Dlatego też przez jakiś czas, należy stosować łagodniejszego rodzaju środki walki z tą chorobą, czekając na odpowiedni moment, w którym w miarę bezpieczne przeprowadzenie operacji będzie możliwe. Taki lekarz nie uznaje jednak „prawa” guza nowotworowego do istnienia, nie aprobuje, nie chwali, ani nie wspiera tejże groźnej choroby. Co więcej, nawet stosowaną przez siebie taktykę nie usuwania raka, traktuje jako coś czasowego, przejściowego i będącego raczej wyjątkiem od reguły. Innym przykładem właściwie rozumianej tolerancji może być jedna z sytuacji, jaka zdarzyła się w czasie wojny. Ojciec ukrywający się w czasie wojny wraz z żoną i dziećmi, ze swej kryjówki widzi, jak banda wrogich żołnierze gwałci, a później zabija jakąś kobietę. W imię ocalenia własnej rodziny przed podobnym losem, człowiek ów ma prawo nie zapobiec temu strasznemu wydarzeniu. To znaczy nie ma on obowiązku wyjść z tejże kryjówki i rzucić się z pięściami na tych gwałcicieli i morderców. Podobnie nie jest on zobowiązany nawet upomnieć tych złoczyńców słownie. Taka tolerancja ma jednak swoje ścisłe granice. Po pierwsze, jak już wspomniałem ma ona zastosowanie do sytuacji szczególnie trudnych – dlatego też niektórzy zwą ją „cnotą czasów katastrofy”. Na pewno tolerancja nie jest więc jakąś „supercnotą” czy fundamentalną zasadą, która winna kierować naszym życiem. Po drugie zaś, brak aktywnego przeciwstawienia się, nigdy i w żadnym wypadku, nie może przerodzić się w aktywne pomaganie złu, albo też osobiste czynienie jakiejkolwiek nieprawości. Warto w tym miejscu przypomnieć, co na ten temat mówi  doktryna katolicka:

W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia  jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństwa” (Paweł VI, „Humanae vitae”, n. 14 – podkreślenie moje MS; zob. też: Jan Paweł II, „Veritatis splendor:, n. 80).

Tak też wspomniany wyżej ojciec rodziny, nawet dla ocalenia swych najbliższych nie mógłby wziąć udziału, czy choćby aktywnie pomagać (np. przytrzymując ową kobietę) w takim czynie. Byłoby to zdecydowane nadużycie tradycyjnie pojmowanej tolerancji, które zbliżało by jej pojmowanie do współczesnej definicji tego słowa. Po trzecie wreszcie – nawet właściwie rozumiana tolerancja jest cnotą, jeśli można tak powiedzieć, niebezpieczną. Potrzeba bowiem mieć szczególnie dużo daru roztropności, by nie pomylić jej ze zwykłym tchórzostwem brakiem odwagi, wygodnictwem i niechęcią do narażania się innym.