Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Problemy liberalizmu i libertarianizmu

Jednym z ważnych pytań dotyczących kształtu państwa i prawa jest to, wedle jakich kryteriów rządzący nami ludzie powinni ustalić, co jest w danym społeczeństwie zakazane, a co legalne? W zasadzie wszyscy zgadzają się co tego, iż władze cywilne powinny zabraniać tych zachowań, których popełnianie wiąże się ze szkodzeniem innym ludziom. Niestety jednak w tym punkcie kończy się owa powszechna zgoda co do kryteriów ustanawiania jednych czynów nielegalnymi, a innych legalnymi.

Liberałowie i libertarianie będą bowiem twierdzić, że zgodnie z zasadą prawa rzymskiego „Chcącemu nie dzieje się krzywda” państwo powinno legalizować wszystkie te uczynki, których dokonywanie nie wiąże się z naruszaniem wolności osób dorosłych. Wszak nawet jeśli dane działanie będzie oznaczać dla drugiej strony jakąś stratę to jeżeli tylko owa osoba wyraziła świadomie nań zgodę, liberalne państwo nie może uznać tego za akt szkodzenia jednego człowieka drugiemu.

Przykładowo – dwoje osób umawia się na wzajemną bójkę. Choć w jej wyniku najprawdopodobniej obie strony doznają pewnych krzywd, to fakt wyrażenia przez nie zgody na ten czyn, sprawia, że mamy do czynienia z realizacją reguły „Chcącemu nie dzieje się krzywda”. Owszem uczestnicy bójki poranili się nawzajem, jeden stracił parę zębów, drugi mam złamany nos i rozciętą głowę, ale przecież jeżeli nikt nikogo do tego nie przymuszał, to władza cywilna nie może zakazywać dorosłym osobom czynienia podobnych rzeczy.

Ten punkt widzenia i definiowania szkody, której wyrządzanie innym, powinno być zakazane przez państwo, jest z kolei trudny do przyjęcia dla chrześcijańskich konserwatystów. Wszak dobrowolność danego czynu nie powoduje jeszcze tego, iż staje się on nieszkodliwy. Owszem, ktoś może w pełni świadomie godzić się na to, by np. ktoś odciął mu rękę, ale to przecież nie znaczy, że ów człowiek nie zostanie w ten sposób skrzywdzony. Przecież w ogóle w samej istocie moralnego bezprawia leży szkodzenie samemu sobie i/lub innym. To, że np. nierząd lub korzystanie z pornografii jest dokonywane dobrowolnie nie oznacza wcale, że ludzie tak czyniący nie szkodzą sobie i innym. Jak naucza Katechizm Kościoła Katolickiego: „W świetle wiary nie ma większego zła niż grzech i nic innego nie powoduje gorszych skutków dla samych grzeszników, dla Kościoła i dla całego świata” (n. 1488). Napięcie pomiędzy liberalnym i libertariańskim a chrześcijańsko-konserwatywnym spojrzeniem na uprawnienia władz cywilnych do zakazywania pewnych zachowań, sprowadza się bardziej do tego, czy porządek prawny powinien  chronić swych obywateli nawet przed tego rodzaju krzywdami, które sami chcą oni sobie wyrządzić?

Zwolennicy pierwszego nurtu kontestują tego rodzaju uprawienia władz państwowych, twierdząc, że mają one prawo delegalizować tylko te zachowania, które naruszają wolność osób dorosłych. Ów tradycyjnie liberalny pogląd może wydawać się kuszący, czyż bowiem wizja państwa karzącego również te z niemoralnych i bezbożnych zachowań, które nie gwałcą niczyjej wolności, nie wydaje się być przekroczeniem kompetencji rządzących? Zanim jednak pośpiesznie przyjmiemy poglądy liberalne i libertariańskie za swoje,  warto uświadomić sobie kilka poważnych problemów wiążących się z nimi problemów. Wbrew pozorom, zasada określająca, iż państwo ma prawo ingerować tylko wówczas, gdy naruszana jest wolność innych dorosłych obywateli, nie jest tak jasna i prosta, jakby się to wydawało na pierwszy rzut oka.

DYLEMATY LIBERALIZMU I LIBERTARIANIZMU

Problem 1. W jaki sposób ustalić granicę pomiędzy byciem dorosłym i odpowiedzialnym, a dziecinnością i niedojrzałością?

Już samo określenie granicy dojrzałości, która ma sprawiać, iż państwo uznaje dane osoby za tak dalece świadome znaczenia swych czynów, że nie może ich „chronić przed nimi samymi” nastręcza niemało trudności. W prawodawstwie większości krajów uznaje się osoby powyżej 18 roku życia za dorosłe, a tym samym zdolne do ponoszenia pełnej odpowiedzialności za swe decyzje. Co prawda, dla niektórych czynności prawnych w pewnych krajach ustala się wyższy lub niższy cenzus wiekowy – na przykład w USA można legalnie pić alkohol po ukończeniu 21 lat, zaś choćby w naszym kraju piętnastolatkowie mogą już bezkarnie angażować się w pozamałżeński seks – jednak generalnie rzecz biorąc większość państw na świecie traktuje 18-latków, jako pełnoprawnych obywateli. Przyjmując więc liberalne granice ingerencji państwa należałoby uznać, iż zasadniczo rzecz biorąc, po ukończeniu 18 roku życia miliony młodych ludzi, szybko stają się na tyle świadome różnorakich skutków swych złych moralnie działań, by władze cywilne powstrzymały się przed zakazywaniem im ich.

Oczywistym jest jednak, że osiągnięcie psychologicznej dojrzałości i świadomości różnych skutków swych czynów, nie jest kwestią przekroczenia 18 czy choćby 21 roku życia. Tak naprawdę pod omawianym względem 18-latek niewiele różni się od 15-latka. Najczęściej bycie dojrzałym i odpowiedzialnym jest sprawą nie przekroczenia jakiegoś progu wiekowego, lecz usamodzielnienia się polegającego na wyprowadzeniu się od rodziców, zarabianiu na swe życie i założeniu własnej rodziny. W obecnym czasie i w naszym kręgu cywilizacyjnym, coś takiego następuje zaś nie z chwilą ukończenia 18 roku życia, ale gdzieś pomiędzy 25 a 30 rokiem życia. Tak naprawdę przekonanie, iż 16-letni cudzołożnik i 18-letni pijak w pełni dojrzale rozważyli wszystkie negatywne skutki swych złych czynów jest skrajną naiwnością.

 

Problem 2. Gdzie leży granica pomiędzy pełną wolnością, a przymusem?
Liberałowie i libertarianie na ogół nie uważają za pogwałcenie czyjejś wolności sytuacji w której strona silniejsza sugeruje stronie słabszej poniesienie przez nią pewnych negatywnych konsekwencji w razie odmowy spełnienia jej woli, zacieśniając pojęcie naruszania swobody drugiego człowieka tylko do ewidentnie bezpośrednich tego form. Mówiąc bardziej konkretnie postawienie kogoś przed dylematem „Zrób to, albo cię zabiję lub pobiję” jest wykraczaniem przeciw wolności adresata takiego polecenia, ale już alternatywa „Zrób to, albo zwolnię cię z pracy” nie gwałci niczyjej wolności, bo przecież „Nikt nie jest przymuszony by pracować w danym miejscu„.

Przykładowo, przed kilku laty głośna była sprawa szefów pewnego sklepu, którzy swym pracownicom nakazywali noszenie T-shirtów z napisem „I’m. bitch” („Jestem suką”). Jeszcze bardziej znaną i drastyczniejszą sprawą z tej dziedziny była „seksafera” z udziałem liderów „Samoobrony”, polegająca na tym, iż w ramach pracy ludzie ci (przynajmniej tak orzekł sąd) domagali się od kobiet dla nich pracujących także usług seksualnych. Odnośnie tych dwóch spraw, znani i cenieni przedstawiciele myśli liberalnej twierdzili, iż czyny takie nie powinny być traktowane jako przestępstwo, gdyż np. pani Krawczyk mogła odejść z pracy dla „Samoobrony”, a skoro zgodziła się na ofertę „Praca za seks” to nie można mówić o naruszeniu jej wolności.

Kontrowersją jaka rodzi się w tym i podobnych sprawach, jest to, jakim zakresem wolności dysponuje samotna matka mająca na wychowaniu małe dzieci w obliczu faktycznego szantażu szefa domagającego się od niej cudzołóstwa? Oczywiście w rozumowaniu liberałów w tej sprawie jest pewne ziarno prawdy, gdyż z pewnością nie jest tak, jakoby kiedykolwiek byśmy byli zmuszeni do czynienia czegoś co jest złe w oczach Pana Boga. Jak nauczał Jan Paweł II w swej wiekopomnej encyklice „Veritatis splendor” człowiekowi: „nie sposób (…) odebrać możliwości powstrzymania się od zła, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła” (n. 52). Od takich czynów jak cudzołóstwo, kłamstwo, bałwochwalstwo czy morderstwo niewinnego, jesteśmy zobowiązani powstrzymać się nie tylko w obliczu utraty pracy, ale nawet wówczas, gdyby miało się to dla skończyć śmiercią w męczarniach. Tyle tylko, że dla kształtu prawodawstwa zasada ta niewiele znaczy, gdyż w przeciwnym razie musielibyśmy legalizować nie tylko szantaże „Noszenie wulgarnych koszulek albo wyrzucenie z pracy”, „Seks za pracę”, ale także „Cudzołóstwo albo śmierć”. Pomysły legalizowania zaś wspomnianych wyżej szantażów są tak naprawdę domaganiem się bezkarności dla jednych z najbardziej wstrętnych i podłych sposobów postępowania silniejszych względem słabszych.

 

Problem 3. Gdzie leży granica pomiędzy pełną wolnością a psychomanipulacją?
Chyba każdy przyzna, że wprowadzenie w błąd klienta przez sprzedawcę co do jakości towaru, narusza wolność tego pierwszego do podjęcia świadomej decyzji. Czym innym jest bowiem kupno zepsutej ryby z pełną świadomością tego faktu, a czym innym zakup tego produktu w skutek zapewnień sprzedawcy, że jest on świeży i dobry do spożycia. Tymczasem mimo, że prawo do pełnej informacji przy kupowaniu różnych rzeczy uważane jest za oczywisty składnik świadomie wolnego wyboru, dostrzeżenie analogicznych zależności przy podejmowaniu decyzji, których skutkiem może być coś o wiele groźniejszego niż zatrucie pokarmowe, wydaje się być dla wielu liberałów i libertarian sporą trudnością. O wiele groźniejsze jest wszak postępowanie jakiegoś doświadczonego rozpustnika, który uwodzi młodą dziewczyną mówiąc, że ją kocha, podczas, gdy chodzi mu tylko o przyjemność i żądzę, niż błędna informacja przedstawiająca nieświeżą żywność jako świeżą. Czy można powiedzieć, iż w takim wypadku nie mamy do czynienia z manipulacją i kłamstwem ograniczającym podjęcie świadomej i odpowiedzialnej decyzji? A jeśli mamy to, czy przynajmniej tego rodzaju złe czyny nie powinny być uznane za nielegalne i prawnie zakazane?

 

Problem 4. Zło może być czynione bez pogwałcenia czyjejkolwiek wolności, a mimo to w sposób ewidentny krzywdzić niewinne, niezaangażowane w nie osoby.

Zasada „Chcącemu nie dzieje się krzywda” okazuje się w pewnych przypadkach bardzo krótkowzroczna. Nawet wszak jeśli założy się, iż państwo nie powinno zakazywać pijaństwa, gdyż pijacy szkodzą samym sobie nadużywając alkoholu, nie zmieni to faktu, że ofiarami pijaństwa nie padają tylko amatorzy nadmiernego picia, ale także niewinni członkowie ich rodzin. I nawet jeśli jakaś część pijaków nie dopuszcza się względem swych żon czy dzieci czynów, które bezpośrednio ograniczałyby ich wolność, to przecież czy psychiczny i emocjonalny ból, jaki im zadają nie zalicza się do krzywd? Albo czy pijak, który wydaje pieniądze na alkohol zamiast na potrzeby swej rodziny faktycznie nie okrada swej żony i dzieci? A co powiedzieć o szkoda, jakie niewinnym dzieciom i małżonkom wyrządza zdrada jednego z małżonków? Dzieci nie są pytane o to, czy chcą by ich ojciec odszedł od mamy do innej kobiety. Zdradzana żona czuje się jakby część niej samej została zabita przez fakt cudzołóstwa jej męża. I nie zmieni tego okoliczność polegająca na tym, że zarówno cudzołożnik i cudzołożnica czynią zło dobrowolnie i przez nikogo nie przymuszani.

Czy sprawiedliwym jest więc prawo, które bierze w obronę wolność nawet tych spośród niemoralnych zachowań, co do których można mieć pewność, że w niedalekiej perspektywie doprowadzą do wielkiego cierpienia niewinnych osób?

 

Problem 5. Zasada nieingerencji państwa w dobrowolne zachowania międzyludzkie nie daje odpowiedzi na pytanie, jakie czyny powinny być prawnie zakazane względem zwierząt?

Nikt, prócz skrajnych ekologów, nie twierdzi, że władze cywilne powinny zabraniać tych spośród czynów, które naruszają wolność zwierząt. Nie spotkałem żadnego liberała czy libertarianina, który twierdziłby, że należy zdelegalizować zabijanie świń na jedzenie, trzymanie psów na smyczy bądź zamykanie małp w klatkach. Wynika to z całkowicie słusznego założenia, iż zwierzęta stoją w porządku stworzenia znacznie niżej od ludzi i w związku z tym nie przysługuje im wolność. Jak jednak w takim wypadku określić granice wolności człowieka w postępowaniu względem zwierząt? Czy w wypadku przyjęcia za dobrą zasady, iż władze cywilne mają prawo ingerować tylko wtedy, gdy narusza jest wolność dorosłych ludzi, to w takim razie nie można w żaden sposób ograniczać przypadków naprawdę okrutnego traktowania zwierząt przez człowieka? Czy np. kręcenie brutalnych filmów na których ludzie znęcają się nad zwierzętami ma być bezkarne? Albo organizowanie krwawych walk psów czy kogutów? A może bezkarnymi powinny być widowiska na których przez całą godzinę powoli by obdzierano kota ze skóry? Wszak wszystkie te ohydne czyny  – zakładając, że byłyby czynione za zgodą właścicieli tych zwierząt – nie polegałyby na gwałceniu wolności dorosłych ludzi.

 

Tradycyjnie chrześcijańska odpowiedź na liberalizm

W jaki więc sposób ustalić kryteria tego, co w dobrym państwie powinni być nielegalne, a co legalne? Skoro liberalne kryterium  wolności dorosłych osób nie gwarantuje nawet obrony przed krzywdą niewinnych osób, to co powinny być tą granicą? Z pewnością dobrą odpowiedzią na to pytanie nie jest twierdzenie, iż prawnie zakazane powinny być wszystkie moralnie złe uczynki. Poza ewidentnie drastycznymi przypadkami (w rodzaju samobójstwa bądź samookaleczenia) kontrowersyjne też wydaje się wprowadzanie praw, które polegałyby „na chronieniu ludzi przed nimi samymi”. Jednak im bardziej dana niemoralność i bezbożność uderza swym ostrzem w ludzi w nią niezaangażowanych tym rozsądniejsze wydaje się jej delegalizowanie. Otaczanie bezkarnością czynów, które choć bezpośrednio nie naruszają niczyjej wolności, to jednak wiążą się z krzywdzeniem niewinnych osób (np. żon i dzieci cierpiących w skutek pijaństwa lub cudzołóstwa ojców i mężów) jest po prostu niesprawiedliwością, która w efekcie prowadzi do niszczenie porządku społecznego.