Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Czy tańczenie walca jest moralnie usprawiedliwione?

Taniec zwany „walcem” jest dziś w kręgach konserwatywnych uważany za wręcz stanowiący uosobienie dobrego smaku, taktu i elegancji, przez co ów nieraz jest w tych środowiskach promowany jako swego rodzaju odtrutka na współczesne – często jawnie obsceniczne – tańce. Zapewne więc, wielu chwalców i apologetów walca zdziwiłoby się słysząc o tym, iż jeszcze w XIX wieku i w początkach XX stulecia ów taniec był przez wybitnych katolickich moralistów i biskupów oceniany wręcz niezwykle surowo, jako „zawsze surowo niedozwolony” i „będący grzechem śmiertelnym”.

Przykładowo, autor obdarzonego pochwałami przez bł. Piusa IX podręcznika apologetyki katolickiej, ks. Ambroży Guillois sugerował, iż walc należy do tańców wewnętrznie złych:

Są tańce, których zupełnie zabronić trzeba i do których należeć nie godzi się, chociażby nawet raz jeden, pod winą grzechu śmiertelnego; takimi są: walc, galopada, polka, cancan… tańce te złymi są z natury swojej, postawą jaka się w nich przybiera; powinny być wyrugowane ze wszelkiego uczciwego towarzystwa, i trudno pojąć, jak kobieta iść może do takiego tańca, nie wyrzekłszy się skromności, płci jej właściwej [1].

Inny z popularnych w XIX wieku teologów katolickich, jezuita ks. Jean P. Gury pisał na temat walca co następuje:

Jest oczywistym, że nieprzyzwoite bale, z powodu nieskromności ubioru i sposobu tańczenia, słów, gestów, piosenek, są zawsze surowo niedozwolone. Pośród takich tańców, zdaniem wielu teologów, należy wyodrębnić współczesne tańce nazywane w języku francuskim la Walse, la Polka, le Galop i inne tego samego rodzaju [2].

W bardzo podobnym duchu co ks. Guillois i ks. Gury o tańcu tym wypowiedziała się nawet zebranie wszystkich biskupów katolickich ze Stanów Zjednoczonych zebrane swego czasu na lokalnym synodzie w Baltimore:

Jako Ojcowie Drugiego Plenarnego Soboru, w Baltimore w swoim liście pastoralnym do wiernych, całkowicie potępiliśmy te tańce, które są powszechnie nazywane WALCAMI I TAŃCAMI TOWARZYSKIMI, postanawiamy, że nie mają one być nauczane ani tolerowane w collegeach, akademiach i szkołach diecezji, nawet celem rekreacji osób tej samej płci [3].

Warto też zauważyć, że nawet dość łagodnie nastawiony do tańców towarzyskich jako takich XIX-wieczny teolog i biskup katolicki Jean B. Bouvier o walcu wyrażał się tak:

Uczestniczenie na poważnie w balach, ze względu na nieprzyzwoity ubiór, sposób tańca, słowa, śpiew, TO POPEŁNIENIE GRZECHU ŚMIERTELNEGO, zatem taniec niemiecki, pospolicie nazywany „WALCEM”, nigdy dozwolony być nie może [4].

Nie bez znaczenia jest też fakt, iż papież Leon XII jako władca Państwa Kościelnego zakazał na jego terenie wykonywania walca [5].

 

Nie podaję powyższych wypowiedzi, po to by przekonywać, iż są one na pewno nieomylne i w 100 procentach bezbłędne. W mojej skromnej opinii, owi biskupi i teologowie popadli w przesadę twierdząc, iż walc jest tańcem wewnętrznie złym oraz zawsze zakazanym. Walc nie jest bowiem tym rodzajem tańca, w którym w zamierzony sposób dotyka się miejsc intymnych czy wykonuje jawnie obsceniczne pozy i gesty (a takich tańców jest niestety współcześnie dużo). To jednak, iż biskupi i teolodzy katoliccy mogli przesadzić ze swą skrajnie krytyczną oceną tego tańca nie oznacza, że w takim razie nie mieli w ogóle racji co do niego. Już nieraz bowiem tak się zdarzało w historii myśli katolickiej, że różni teolodzy i święci podkreślając pewne ogólnie słuszne prawdy czy zasady czynili to za pomocą niektórych zbyt daleko idących czy wybujałych sformułowań. Przykładowo, doktor Kościoła św. Atanazy pisał, iż Bóg po to stał się człowiekiem, by człowiek mógł się stać bogiem, co w sensie dosłownym jest błędem, gdyż choćby najświętszy człowiek nie może dojść do poziomu równości z odwiecznym i wszechmocnym Bogiem. Pismo święte mówi wszak: „Ja, któremu na imię Jahwe, chwały mojej nie odstąpię nikomu innemu ani czci mojej bożkom” (Iz 42, 8).  Nie zmienia to jednak faktu, iż w pewnym sensie człowiek może stać się uczestnikiem Bożej natury, biorąc pewnego rodzaju udział w Boskich przymiotach Chrystusa i przez to stając się Jemu podobny. Na podobnej zasadzie można więc powiedzieć, iż choć biskupi i teolodzy katoliccy przesadzali ze swą stanowczością z którym potępiali taniec zwany walcem, to jednak mogli mieć rację co do samej zasady unikania owego.

 

Patrząc zaś na ów taniec od bardziej zdroworozsądkowej strony to nie sposób nie mieć ku niemu żadnych etycznych wątpliwości. Choć walc nie jest tańcem jawnie obscenicznym, to jednak stopień cielesnej bliskości jest w nim duży – z pewnością o wiele większy niż trzymanie się za dłoń w polonezie czy menuecie. W walcu bowiem podstawowy krok taneczny polega na trzymaniu przez mężczyznę niewiasty w objęciach i to w taki sposób, iż ręka mężczyzny jest bardzo blisko kobiecej piersi. Ponadto, mężczyzna w tym tańcu w pewnych momentach pochyla się nad kobietą, a raz nawet ujmuje ją w okolicach bioder i lekko podrzuca. Nie trzeba chyba długich wywodów by przyznać, iż tego rodzaju bliskość jaka jest obecna w walcu wykracza znacznie nawet poza przyjęte dziś kanony bliskości i poufałości pomiędzy mężczyzną a kobietą. Co więcej taka bliskość jest też naruszeniem naturalnej sfery intymności po przekroczeniu której czujemy się niezręcznie i zakłopotani. Zastrzeżenia te nie tracą wiele na swej mocy nawet, gdyby odjąć od walca jego najbardziej poufały gest, jakim jest wspomniane chwycenie przez mężczyzny kobiety w okolicy jej bioder. Nawet więc jeśli biskupi i teologowie katoliccy przesadzali nazywając walc mianem tańca będącego „grzechem śmiertelnym” i „zawsze zakazanym” to czy roztropnym i mądrym jest przechodzenie od tego być może zbyt daleko idącego potępienia do istnej gloryfikacji walca jako tańca „kulturalnego” i będącego odtrutką na jawną obsceniczność i bezwstyd wielu współczesnych pląsów?

 

Moim zdaniem taniec zwany walcem – nawet, gdyby odjąć od niego jego najbardziej poufałe pozy – choć nie jest prawdopodobnie tańcem zasługującym na miano „zawsze zakazanego” i będącego „grzechem śmiertelnym”, stanowi jednak zachowanie z dziedziny czegoś co można nazwać „moralnym pograniczem”. Innymi słowy, nie da się o nim powiedzieć, że jest „zawsze zły i zawsze grzeszny” co nie zmienia tego, iż jest to coś czego nie należy pochwalać, doradzać, a wręcz przeciwnie dobrze jest do tego zniechęcać i tego odradzać. Jest to coś podobnego do  – utrzymując wszystkie proporcje – zachowań typu mieszkanie ze sobą przed ślubem (bez jasnych zamiarów seksualnych) czy też oglądania komedii, w których może nie ciągle, ale od czasu do czasu pojawiają się sprośne dowcipy. I o tych rzeczach nie zawsze można powiedzieć, iż są grzechem, jednak błądziłby ten kto by je pochwalał oraz doradzał. Tak samo należy ocenić tańce towarzyskie w rodzaju walca. A to, że wiele ze współczesnych tańców jest o wiele gorszych od walca nie oznacza, że w takim razie walc nie podlega żadnej krytyce. Jawna pornografia jest wszak też o wiele gorsza od głupiutkich komedii z podtekstami, ale to nie znaczy, że w takim razie te drugie są wzorem dobrej rozrywki i chrześcijańskiej obyczajowości. 

 

 

Przypisy:

1. Cytat za: Ks. Ambroży Guillois, „Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej. Dzieło ofiarowane Ojcu św. Piusowi IX, zaszczycone podziękowaniem Jego Świątobliwości, tudzież aprobatą i pochwałami wielu kardynałów, arcybiskupów i biskupów „ , Wilno 1863, s. 280.

2. Cytat za: o. Henri Hulot, „Balls and Dancing Parties condemned by the Scriptures, Holy Fathers, Holy Councils and most the renowned Theologians of the Church”, Boston 1857, s. VII.

3. Cytat za: Rev. Mgr. Don Luigi Sartori, „Modern Dances”, St. Joseph’s Printing Office, Collegville, 1910, s. 35.

4. Cytat za: Rev. Mgr. Don Luigi Sartori, „Modern Dances”, St. Joseph’s Printing Office, Collegville, 1910, s. 31.

5. Patrz: Sevin H. Yaraman, „Revolving Embrace. The Waltz as Sex Steps and Sound”, Pendragon Press, 2002, s. VII.