Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Czy Polska powinna wziąć udział w II wojnie światowej po stronie Niemiec?

Zapewne wielu z Czytelników tej strony słyszało o poglądach znanego historyka Piotra Zychowicza, wedle którego Polska w czasie II wojny światowej powinna przyłączyć się do hitlerowskich Niemiec w ich planowanej inwazji na Związek Sowiecki, by następnie zadać Hitlerowi cios w plecy, przyłączając się do Aliantów. Nie jest większą tajemnicą, iż podobne opinie na temat polskiego zaangażowania w owym okresie historii są mocno zbliżone do wspomnianego wyżej poglądu Piotra Zychowicza. Osobiście poddaję w wątpliwość słuszność tych wywodów z kilka względów:

1. Zwolennicy akcesu Polski do prowadzonej przez Hitlera wojny skupiają się na politycznym realizmie i kalkulacji zysków oraz strat, które nasz kraj miałby ponieść w wyniku podjęcia takiej decyzji, ale wydają się nie dostrzegać faktu, iż od tych rzeczy ważniejszą wartością jest zachowanie tych zasad moralnych, które mają absolutny charakter. Oczywiście polityczny realizm oraz ważenie zysków i strat nie mogą być lekceważone, ale nie są to wartości absolutne. Pismo święte przestrzega przed absolutyzowaniem takich rzeczy:

Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku,
myśl o Nim na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna (Prz 3, 5-6).

Nie uratuje króla liczne wojsko ani wojownika nie ocali wielka siła.  W koniu zwodniczy ratunek i mimo wielkiej swej siły nie umknie. Oto oczy Pana nad tymi, którzy się Go boją, nad tymi, co ufają Jego łasce,  aby ocalił ich życie od śmierci i żywił ich w czasie głodu.  Dusza nasza wyczekuje Pana, On jest naszą pomocą i tarczą. W Nim przeto raduje się nasze serce, ufamy Jego świętemu imieniu” (Ps 33: 16 – 17).

Z powyższych Bożych pouczeń widzimy więc, że nie we wszystkich sytuacjach powinniśmy polegać na własnej racjonalnej, politycznej bądź militarnej kalkulacji. Ponad tym wszystkim winna być ufność do Boga wyrażająca się m.in. w przestrzeganiu Jego przykazań. Nauka katolicka uczy zaś, że niektóre z Bożych przykazań są na tyle doniosłe i ważne, iż nie wolno ich łamać w jakichkolwiek okolicznościach, choćby chodziło nawet o osiągnięcie znacznie większego dobra bądź uniknięcie większego zła:

W rzeczywistości (…) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, nawet dla najpoważniejszych przyczyn, czynić zła, aby wynikło z niego dobro. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny – a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka – nawet w wypadku, jeśli zostaje to dokonane w zamiarze zachowania lub pomnożenia dóbr poszczególnych ludzi, rodzin lub społeczeństw.” (Paweł VI, „Humanae vitae”,  n. 14).

Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (…). Dzięki świadectwu rozumu wiemy (…), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są „wewnętrznie złe”: są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względu na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu na przedmiot>> (…) Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (…). Tak więc okoliczności lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względu na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (Jan Paweł II, „Veritatis splendor”).

2. Aby brać udział w wojnie po stronie III Rzeszy przeciw Związkowi Sowieckiemu należałoby uznać, iż wojna taka będzie wojną sprawiedliwą. A żeby była on sprawiedliwą, trzeba by udowodnić, iż to w rzeczywistości III Rzesza broniła się przed Związkiem Sowieckim albo wskazać, że Niemcy niosły narodom Związku Sowieckiego coś wyraźnie lepszego, niż miały one do tej pory pod panowaniem bolszewików.

Czy jednak rzeczywiście III Rzesza broniła się przed Związkiem Sowieckim? Owszem, mniejszość historyków wysuwa taką tezę, ale jest to teza bardzo dyskusyjna.  Wątpliwe jest też twierdzenie, jakoby Niemcy niosły narodom Związku Sowieckiego coś wyraźnie lepszego. Jak bowiem pokazała historia naziści wytworzyli system, którego zbrodniczość, niemoralność i bezbożnictwo były porównywalne z poziomem zła reprezentowanym przez sowiecką wersję komunizmu (a może nawet było od niego większe – uwzględniając proporcje czasu, w którym nazizm działał). Katolicki męczennik II wojny światowej, bł. Franciszek Jagerstatter tak komentował twierdzenia o rzekomo sprawiedliwym charakterze niemieckiej wojny z Sowietami:

To smutne, że chrześcijanie co i rusz twierdzą, jakoby wojna prowadzona przez Niemcy nie była aż tak dalece niesprawiedliwa, ponieważ ma na celu wytępienie bolszewizmu. Tak, to prawda, że większość naszych żołnierzy przebywa obecnie w najgorszym bolszewickim kraju, chcąc unieszkodliwić i rozbroić wszystkich stawiających opór. Mam jednak pytanie. Kogo tam zwalczają? Bolszewizm czy naród rosyjski? (…) Nawet pobieżna analiza historii nasuwa konstatację: jeśli władca napada zbrojnie na inny kraj, to zazwyczaj nie po to, aby zmieniać ten kraj na lepsze, lub coś mu ofiarować. Zazwyczaj najeźdźca pragnie czegoś dla siebie i bierze to. Pojawia się więc pytanie, przeciw komu prowadzona jest ta walka? Jeśli przeciw bolszewizmowi, wówczas dziwić  musi fakt, dlaczego tak dużo mówi się o innych sprawach, jak złoża rud, ropy naftowej czy urodzajnej ziemi? 

(Cytat za: Erna Putz, „Boży dezerter. Franz Jagerstatter 1907 – 1943”, Warszawa 2008, s 226, 227).

3. Zwolennicy polsko-niemieckiego sojuszu sugerują, iż mimo zaistnienia takowego byłoby bardzo prawdopodobne, iż Polakom udałoby się uniknąć współpracy z Hitlerem w zakresie mordowania Żydów. Powołują się oni w tym względzie na przykład Bułgarii, Danii i Finlandii, które mimo bycia sojusznikami III Rzeszy odmówiły wydawania swych własnych żydowskich obywateli i Hitler nie podjął przeciw nim kroków odwetowych za ów akt „niesubordynacji”. Cóż, te kalkulacje nie uwzględniają jednak dwóch czynników. Po pierwsze: w większości krajów sprzymierzonych z III Rzeszą jednak do ścisłej współpracy miejscowych władz w eksterminacji Żydów doszło. Działo się tak we Francji, Rumunii, Słowacji, Chorwacji, a także – po zainstalowaniu przez Niemcy bardziej uległych namiestników – na Węgrzech i we Włoszech. Po drugie: Polska w Europie miała największą społeczność żydowską, więc wątpliwe jest, by Niemcy przymykali oko na jej istnienie, choćby i w celach taktyczno-militarnych. Co innego jest tolerowanie oporu przed współpracą w eksterminacji Żydów w krajach, gdzie takowych nie było zbyt wielu, a co innego, przymykanie oczu na spokojne funkcjonowanie największej diaspory żydowskiej w Europie. Za bardzo prawdopodobną należy więc uznać tezę, iż w razie polsko-niemieckiego sojuszu wojennego III Rzesza wywierałaby ogromną presję na władze naszego kraju, by pomagały one w eksterminacji Żydów. Niewykluczone też, że w razie oporu polskich władz Niemcy siłowo usunęliby nieposłuszny im rząd zastępując go ludźmi bardziej uległymi wobec Hitlera.

Ktoś może jednak powie, iż nawet, gdyby Polacy zgodzili się na współpracę z Niemcami w eksterminacji Żydów, to i tak paradoksalnie uratowaliby ich większą ilość przed śmiercią, gdyż w krajach współpracujących z III Rzeszą wojnę przetrwało proporcjonalnie rzecz biorąc więcej Żydów niż w krajach przez Niemcy okupowanych. Ten argument odwołuje się jednak do błędnego etycznie założenia, iż wolno czynić pewne ze swej natury złe rzeczy po to, by oddalić większe zło. Podajmy przykład takiego myślenia. Sytuacja z przysłowiowego „Dzikiego Zachodu”. Rodzina osadników jest ścigana przez chcących ją wymordować Indian. Nagle, w kryjówce owej rodziny zaczyna płakać niemowlę, co może zasygnalizować będącym w pobliżu Indianom ich obecność. Co powinien w takiej sytuacji zrobić ojciec ściganej przez Indian rodziny? Wziąć nóż i podciąć gardło swemu małemu dziecku, by swym płaczem nie ściągnęło na całą rodzinę groźby bycia wymordowanymi przez Indian? Otóż, wedle moralności katolickiej nawet w takiej sytuacji ojciec nie powinien tego czynić, nawet jeżeli miałoby się to skończyć jeszcze większym złem w postaci śmierci z rąk Indian wszystkich członków jego rodziny. Racjonalna kalkulacja typu: śmierć jednego człowieka albo śmierć kilkunastu osób nie powinna tu być stosowana. Nawet jeśli, w wyniku odmowy zabicia przez ojca swego niewinnego dziecka z rąk Indian zginie znacznie więcej ludzi, ten ojciec postąpiłby słusznie i sprawiedliwie.

4. Najbardziej kontrowersyjnym moralnie aspektem twierdzeń zwolenników udziału Polski w II wojnie światowej po stronie Niemiec jest jednak opinia, jakoby nasz kraj w pewnym momencie miał zdradzić III Rzeszę i przystąpić do Aliantów. Takie działanie, o ile byłoby z góry zaplanowane bądź przewidywane, stanowiłoby wszak formę kłamstwa, gdyż niedotrzymywanie obietnic i umów przez siebie podjętych właśnie w taki sposób należy kwalifikować. Jak uczy Katechizm Kościoła Katolickiego:

Obietnice powinny być dotrzymywane i umowy ściśle przestrzegane, o ile zaciągnięte zobowiązanie jest moralnie słuszne (tamże n. 2410).

Owszem są sytuacje, gdy nie należy dotrzymywać danego przez siebie słowa. Jeśli np. już po złożeniu danej obietnicy orientujemy się, iż jej realizacja wiązałaby się z pogwałceniem zasad wiary i moralności, to oczywiście nie należy takiej obietnicy spełniać. Czym innym jest jednak z góry zamierzone i zaplanowane łamanie bądź lekceważenie danego przez siebie słowa. Nie można mówić komuś np. „Dam Ci 1000 złotych„, a w sercu sobie myśleć: „Nie dam Ci 1000 złotych” albo „Może dam Ci te 1000 złotych, a może nie dam tego 1000 złotych – to będzie zależne od mego humoru„. Jeśli zaś przed złożeniem jakiejś obietnicy już przewidujemy, że wiązałaby się ona z czynieniem czegoś etycznie złego, to po prostu nie należy jej składać. To wynika z cnoty prawdomówności i odnosi się też do relacji międzynarodowych, a nie tylko prywatnych.