Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Kilka racjonalnych powodów dla których należy uznać homoseksualizm za zły i nienaturalny

Znanym sloganem obrońców homoseksualizmu jest twierdzenie, jakoby jego przeciwnicy powoływali się w swej krytyce wyłącznie na argumenty „stricte religijne”, unikając argumentacji odwołującej się do rozumnych kryteriów pozwalających rozróżniać dobro od zła. Ten zarzut jest jednak dość podstępny. Z jednej strony bowiem z zasady poddaje w wątpliwość zasadność używania „nadprzyrodzonej retoryki” w dyskusji, przez co zachęca nas de facto do przyjmowania laickiej i świeckiej perspektywy. Z drugiej zaś strony sugeruje się w ten sposób, iż moralność wypływająca z religii ma w sobie dużo elementów niedorzeczności, sprzeczności z rozumem, by nie powiedzieć absurdu. Jest oczywiste, że żadnej z tych dwóch sugestii nie powinniśmy przyjąć. Jeśli bowiem wierzymy w Boga, to Jego wola, winna być dla nas najwyższym kryterium rozeznawania pomiędzy dobrem i złem i nie należy tego ukrywać przed innymi. Jest też jasne, iż wypisane w naszych sercach i porządku naturalnym przez Boga zasady moralnego postępowania, nie mogą być nieracjonalne czy absurdalne, gdyż pochodzą One od najmądrzejszego, wszystko wiedzącego Stwórcy.

Jako wieloletni, stały czytelnik konserwatywnej prasy, mogę z całą pewnością powiedzieć, że przytoczony wyżej zarzut nie jest prawdziwy. W swym życiu czytałem bowiem wiele tekstów, które krytykowały homoseksualne zachowania właśnie z naukowych i racjonalnych pozycji. Nie negując bowiem ani nie ignorując religijnych przyczyn dla których homoseksualizm winien być uważany za zły, dewiacyjny i nienaturalny, można wskazać sporo mocnych argumentów przeciwko niemu poruszając się na płaszczyźnie rozumu, logiki i zdrowego rozsądku. Przyjrzyjmy się poniżej kilku takim argumentom.

 

1. Homoseksualizm w oczywisty sposób jest nienaturalny.

Trudno zaprzeczyć temu, iż wszystko w naturze ma swój cel, porządek i logikę. I nie jest rzeczą zbyt trudną rozeznać, co mieści się w owym naturalnym porządku, a co jest od niego wypaczeniem i dewiacją. Czy bowiem ktoś dyskutuje z tym, iż normalnym sposobem picia mleka jest wlewanie go do ust, a nie wciąganie nosem? Albo czy trudnym jest przyznanie racji, że – zasadniczo rzecz biorąc – to nogi, a nie ręce zostały dane ludziom do chodzenia?

Tymczasem w odniesieniu do seksualności neguje się najbardziej oczywiste reguły, które się do niej odnoszą. Jest bowiem jasne, że ciało mężczyzny i kobiety oraz zachodzące w nich reakcje fizjologiczne są tak skonstruowane, iż pasują oni do siebie na płaszczyźnie seksualnej. Tymczasem, stosunki homoseksualne wymagają istnego „kombinatorstwa” w naturze naszych ciał. Jest to zwłaszcza widoczne w przypadku męskiego homoseksualizmu, gdzie przeważająca i podstawowa forma intymnych zbliżeń ma charakter „analny”. Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, iż odbyt biologicznie nie jest przystosowany do wkładania weń penisa. Ktoś powiedział kiedyś dość obcesowo, iż „gdyby homoseksualizm był normalny i naturalny, to odbytnica wydzielałaby w czasie seksu wazelinę„. Nie jest to może zbyt eleganckie postawienie sprawy, tym nie mniej stanowi ono swoisty „strzał w dziesiątkę„. Po prostu stosunki homoseksualne przypominają picie wody za pomocą nosa albo też chodzenie na rękach zamiast nogach. Także praktykowany przez homoseksualistów i lesbijki seks oralny, choć nie jawi się tak drastycznie jak stosunki analne, trudno uznać za realizację naturalnego przeznaczenia poszczególnych części ludzkiego ciała.

Ktoś powie, że przecież seks analny i oralny praktykują ze sobą również mężczyźni i kobiety. To prawda, jednak w tym wypadku, jest to niekonieczna forma seksualnych zbliżeń i można by się bez takowych doskonale obejść. Poza tym, doświadczenie pokazuje, iż takowe formy pożycia w świecie heteroseksualnym są częstsze właśnie w jego zdegenerowanych formach (cudzołóstwo, nierząd, prostytucja i pornografia) aniżeli normalnych i prawowitych przejawach takowego (czyli małżeństwie). Nie jest wszak tajemnicą, iż żony najczęściej z niechęcią podchodzą do czynienia ze swymi mężami podobnych praktyk. Tymczasem w przypadku relacji homoseksualnych stosunki analne i oralne są po prostu wyrazem specyficznej konieczności.

Oczywiście, nienaturalność danego zachowania nie zawsze jest decydującym kryterium jego moralnego zła lub dobra – jakby nie patrzeć wszak dializa nerek, karmienie za pomocą kroplówki czy nawet zwykła operacja chirurgiczna nie są naturalne, ale nie oznacza to przecież, że są one w ten sposób niemoralne. Tym nie mniej pogwałcenie celowości i naturalnego przeznaczenia sygnalizuje nam, że dzieje się tu coś bardzo niebezpiecznego. Kiedy zaś naturalny porządek jest naruszany nie w nadzwyczajnych czy ekstremalnych okolicznościach, ale robi się z samego założenia i czyni z tego swego rodzaju normę, to jest to już moralnie złe.

2. Homoseksualizm (zwłaszcza męski) w samej swej naturze zawiera wielką skłonność do rozwiązłości.

Gdyby poprosić ludzi o przemyślaną odpowiedź, to prawdopodobnie, nawet współcześnie (mimo szerokiej propagandy libertynizmu seksualnego), mniejszość ludzi przyznałaby, iż rozwiązłość seksualna przynosi dobre rzeczy dla jednostek, rodzin czy społeczeństw. Mimo wszystko, większość ludzi ciągle uważa, że seks powinien być osadzony w kontekście wzajemnej wierności, szacunku, odpowiedzialności i przynajmniej w miarę stałego związku (choć niestety niekoniecznie już małżeństwa). Nie jest bowiem czymś trudnym do rozeznania dostrzeżenie faktu, iż wzrost nieporządku w tej dziedzinie pociąga ze sobą odpowiednio więcej negatywnych skutków – złamanych serc, samotności, porzuconych bądź zabitych dzieci, chorób wenerycznych, itd.

Natura heteroseksualizmu – mimo wielu istniejących i tu wypaczeń – faktycznie sprzyja bowiem tym wartościom i regułom. O ile bowiem, męska seksualność ma tendencje do większego promiskuityzmu i „skakania z kwiatka na kwiatek”, o tyle już żeńska seksualność ma silną skłonność do stabilności, wierności i odpowiedzialności. W heteroseksualnym związku te dwa podejścia stykają się ze sobą i ścierają. Kobieta w związku z mężczyzną najczęściej będzie dążyć do tego, by był on jej wierny, brał odpowiedzialność za poczęte dzieci, etc. Innymi słowy, kobieta zazwyczaj dąży do tego, by męską seksualność bardziej ucywilizować i wziąć w karby. I trzeba powiedzieć, że heteroseksualizm – mówiąc kolokwialnie – często zdawał i mimo wszystko wciąż zdaje egzamin. Większość heteroseksualnych mężczyzn i kobiet żyje ze sobą w związkach małżeńskich i nawet współcześnie większa część z tych małżeństw nie kończy się rozwodem. W zależności od danego kraju poziom rozwodów waha się bowiem od najniższych 15-20 procent do najwyższych 40-60 procent – tak więc „wyśrodkowując” można przyjąć, iż „przeciętna” średnia rozwodzących się heteroseksualnych małżeństw to jakieś 30 do 35 procent. Owszem, to nie jest mało i stanowi to o jakieś 30 do 35 procent rozwodów za wiele, ale mimo to pokazuje względną trwałość i stabilność tradycyjnego heteroseksualnego małżeństwa.

Podobnie, gdy przyjrzymy się poziomowi zdrad w takowych małżeństwach dojdziemy do wniosku, iż wzajemna wierność nie jest tu wcale zjawiskiem rzadkim i unikalnym. I tak np. wedle badań przeprowadzonych w ciągu 15 lat przez Uniwersytety w Waszyngtonie i Seatlle na przeszło 19 tysiącach mężczyzn i kobiet, poziom cudzołóstwa wśród płci męskiej waha się pomiędzy 20 a 28 procent, zaś jeśli chodzi o niewiasty wskaźnik ten to liczby rzędu 5 do 15 procent1. Z kolei badania Giessen z 2000 r. Sugerują, że nawet w odniesieniu do niemałżeńskich związków heteroseksualnych poziom incydentalnej bądź trwałej niewierności to ok. 30 do 40 procent. Jedne z wyższych wskaźników cudzołóstwa można było odnotować w latach 90-tych XX wieku w Rosji – mianowicie miało ono dotyczyć 50 procent tamtejszych mężczyzn i 25 procent kobiet2.

Nawet, gdy przyjrzymy się ilości erotycznych partnerów w ciągu całego życia wśród osób heteroseksualnych, to – według światowego raportu „Durexu” z 2005 roku – średnia wynosi tu 9 (dla mężczyzn jest to 10, a dla kobiet 6 )3. Ba, choć odsetek osób niewspółżyjących seksualnie przed ślubem jest współcześnie niemal powszechnie dramatycznie niski (i waha się pomiędzy 1 a 10 %), to w amerykańskim pokoleniu urodzonym przed 1910 rokiem, poziom ten sięgał 87 procent wśród niewiast i 50 procent pośród mężczyzn4..

A jak wyglądają podobne statystyki wśród osób praktykujących homoseksualizm?

Po pierwsze, choć niestety rośnie liczba krajów, w których osoby homoseksualne mogą oficjalnie zawierać ze sobą „związki partnerskie” bądź „małżeństwa” zdecydowana mniejszość z nich korzysta z tej możliwości (np. ok. 3 proc. w Holandii, niewiele ponad 2 proc. w Szwecji, w Vermont w USA było to 21 procent)5.

Chyba wszystkie z badań potwierdzają, iż „statystyczny gej” ma nieporównywalnie więcej partnerów seksualnych niż „statystyczny heteroseksualista”. Jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku w USA przeszło 70 procent ankietowanych homoseksualistów rasy białej przyznawało się do posiadania więcej niż 500 partnerów erotycznych6. Co prawda, epidemia AIDS po części ostudziła tę gigantyczną rozwiązłość „gejów”, ale mimo to odnośne liczby wciąż są oszałamiające. Wedle raportu „Lambda” z 1996 r. 40 procent homoseksualistów miało przeszło 40 kochanków. Z kolei, opublikowane w 1997 roku badania pod kierownictwem Paula Van de Vena obejmujące wypowiedzi 2538 starszych homoseksualistów wykazały, iż od 20,4 do 31,4 procent spośród nich deklarowało utrzymywanie stosunków erotycznych z 500 lub więcej partnerami. Najczęstszą zaś wymienianą przez starszych „gejów” liczbą było pomiędzy 101 a 500 kochanków7.

A może przynajmniej jeśli chodzi o wzajemną wierność w ramach trwającego związku homoseksualiści są podobni do osób heteroseksualnych? Nic z tych rzeczy. Wedle opublikowanej przez wydawnictwo Uniwersytetu Oxfordzkiego „Handbook of Family Diversity” osoby żyjące w stałych związkach „gejowskich” jednocześnie deklarowały, iż w czasie trwania tychże relacje średnio rocznie miały okazyjnie przeciętnie od 4 do 5 partnerów seksualnych8. Z kolei, w badaniu przeprowadzonym przez Davida P. McWhirtera i Andrewa Mattisona na 156 homoseksualnych (72 pary) mężczyznach będących ze sobą w związku trwającym przynajmniej rok, tylko 7 par stwierdziło, iż ma stosunki erotyczne wyłącznie w ich ramach. Wszystkie inne pary z owej grupy stwierdziły, że dozwalają sobie na mniejszy bądź większy zakres niewierności9.

Czego to wszystko dowodzi? Pro-gejowska propaganda może w nieskończoność eksploatować przykłady poszczególnych stabilnych i wiernych sobie związków homoseksualnych, ale statystki mówią same za siebie. Zdrada w takich związkach jest na porządku dziennym i dotyczy olbrzymiej większości z nich. Homoseksualiści zaś mają zazwyczaj o wiele więcej partnerów seksualnych niż osoby heteroseksualne. W tym świecie wzajemna wierność i powściągliwość są czymś unikalnym, normą jest zaś gigantyczna rozwiązłość, „otwarte związki” i szalony libertynizm oraz promiskuityzm. Choć rewolucja seksualna poczyniła swe niszczycielskie postępy także wśród heteroseksualnych mężczyzn i niewiast (zwłaszcza jeśli chodzi o podejście do seksu przedmałżeńskiego), to w porównaniu z homoseksualistami wciąż jawią się oni niczym cnotliwi purytanie (i to nawet biorąc poprawkę na to, że osoby hetero częściej ukrywają swe seksualne wybryki). Czy można więc na poważnie zaprzeczać temu, iż w samej naturze (zwłaszcza męskiego) homoseksualizmu leży wielka skłonność do erotycznego zdziczenia, rozwydrzenia i hiper-rozwiązłości???

3. Homoseksualizm jest bezpłodny (nie ma z niego dzieci).

W całym świecie zasadniczą funkcją seksu jest prokreacja. Trudno też zanegować to, iż dzieci są tym co bardzo ubogaca i czyni znacznie trwalszym dany związek. Posiadanie potomstwa sprzyja odpowiedzialności, wierności i szacunkowi. Dzieci są wreszcie wspaniałym owocem wzajemnej miłości i seksualnej intymności. Choć prokreacja nie jest jest jedyną funkcją seksu, to jednak nie można zaprzeczyć, że stanowi ona jego ważny element. Kiedy brak jest potomstwa, łatwiej jest o niewierność, porzucenie partnera i zatracanie się w poszukiwaniu coraz to nowszych doznań seksualnych. Oczywiście bezpłodność w pożyciu płciowym nie jest sama w sobie zła (o ile nie jest z góry zamierzona i planowana), ale stanowi ona częste źródło cierpienia i frustracji.

Homoseksualizm jako będący pod tym względem jałowy z samej swej natury, musi więc napędzać cierpienie, frustrację i zatracanie się w seksie. Próby swoistego „łatania” tego stanu rzeczy poprzez wprowadzanie instytucji adopcji dzieci dla takich związków powoduje zaś tylko nowe kłopoty będąc tworzeniem kolejnej nienaturalnej i dewiacyjnej hybrydy. Dzieci po prostu nie pasują do jednopłciowych związków – gdyby tak było, to osobniki tej samej płci zachodziłyby ze sobą w ciążę, a czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziano.

Podsumowując: Pan Bóg wiedział co robi, zakazując i potępiając zachowania homoseksualne.

Ps. W tym artykule skupiłem się na badaniach i statystykach dotyczących głównie USA, Kanady, Europy (w tym Rosji) oraz kilku krajów azjatyckich. Pominąłem tutaj kraje Ameryki Łacińskiej i i Afryki, gdzie poziom heteroseksualnej rozwiązłości jest najczęściej znacznie wyższy niż w USA, Kanadzie i Europie – można jednak śmiało przypuszczać, iż i tam libertynizm homoseksualistów odpowiednio przewyższa odnośne statystyki rozpasania erotycznego osób heteroseksualnych.

Przypisy: 

1Patrz: http://en.wikipedia.org/wiki/Adultery

2Patrz: Pamela Druckerman, „Dlaczego zdradzamy? Światowy atlas niewierności”, Wydawnictwo Literackie, 2013, s. 171.

3Patrz: http://web.archive.org/web/20080430082451/http://www.durex.com/cm/gss2005Content.asp?intQid=943&intMenuOpen=

4Patrz: James R. Petersen, Stulecie seksu, Poznań 2002, s. 145.

5Patrz: „Facts:Population,” Directory and Complete Guide to Sweden 2000″ oraz „At a Glance: Netherlands Statistics” UNICEF . Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

6Patrz: A. P. Bell and M. S. Weinberg, „Homosexualities: A Study of Diversity Among Men and Women”(New York: Simon and Schuster, 1978), s. 308, 309. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

7 Patrz: Paul Van de Ven et al., „A Comparative Demographic and Sexual Profile of Older Homosexually Active Men,” Journal of Sex Research 34 (1997): 354. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

8 Patrz: David H. Demo, „Handbook of Family Diversity”, (New York:Oxford University Press, 2000): 73. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02

9 Patrz: David P. McWhirter, Andrew M. Mattison, „The Male Couple: How Relationships Develop”(Englewood Cliffs: Prentice-Hall, 1984): 252, 253. Podaję za: http://www.frc.org/get.cfm?i=IS04C02