Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Kiedy nagość w sztuce kościelnej jest uprawniona, a kiedy niedozwolona?

Nade wszystko jednak liturgia wyklucza w utworach plastyki wszelką nagość zmysłową, cielesną. Chociaż nagość sama w sobie nie jest szkaradą i grzechem, ale że jest w skutek grzechu pierworodnego, jak na początku tego rozdziału powiedzieliśmy, przypomnieniem grzechu, oznaką hańby naszej, źródłem pożądliwości i bodźcem do grzechu, a więc i przedmiotem wstydu dla chrześcijan, stąd on ją osłania szatami i tak chce – ją widzieć w sztuce, aby mu nie była podnietą do pożądliwości zmysłowej, ale okryta przypominała ujarzmienie ciała i poczucia wstydu nauczyła. Zresztą w sztuce liturgicznej, gdzie się nadprzyrodzoność ma wyrazić, chodzi o ducha człowieka, a ten się odbija w najpiękniejszej jego części, obliczu, gdy przez resztą ciała człowiek do nierozumnej istoty należy. Wprawdzie nagości ani sobór trydencki ani postanowienia papieży nie wykluczyły bezwzględnie z obrazów, ale to dlatego tylko, że niekiedy, choć bardzo rzadko, nie jest ona moralną brzydotą, ale owszem sprawia wrażenie prawdziwego, duchowego piękna, dzieje się to w niewielu przypadkach i to z najmożliwszym ograniczeniem przy zachowaniu tych trzech warunków:

1. Aby nic w danym utworze umyślnie nie dążyło do obrażenia wstydliwości i wywoływania uczuć zmysłowych.

2. Aby wysoka świętość przedmiotu wszelką cielesność na dalszy plan usuwała.

3. Aby nagości wymagała treść obrazu, jak np. w diable i potępionych, lub prawda historyczna, jak w obrazach Adama i Ewy przed upadkiem dla wyrażenia niewinności, chrztu Pana Jezusa, biczowania, ukrzyżowania; przy czym stopień nagości musi być zastosowany do stopnia potrzeby użycia tego środka.

Historia uczy, jak wraz z poniżeniem wiary i moralności – nagość bezkarnie na obrazach zajmowała miejsce; ale przy podnoszeniu się wiary i życia religijnego, poczucie wstydu brało górę, nagością się brzydzono”.

Błogosławiony Antoni Nowowiejski 

Cytat za: Ks. Antoni Nowowiejski, “Wykład liturgii Kościoła katolickiego”, Tom I, Warszawa 1893, s. 532 – 533.

„Błędem, który skromność chrześcijańska musi artystom nawet najsławniejszym wyrzucać jest bezwstyd. Niektórzy malarze jakby umyślnie wyszukiwali w historii biblijnej ustępów takich, których przedstawienie musi budzić zmysłowość, np. córki Lota w postawach całkowicie nieskromnych, żona Putyfara do grzechu nagląca Józefa, Batszeba zapalająca ogień namiętny w sercu Dawida, Zuzanna w kąpieli. Artyści te sceny malujący nadużyli sztuki, zrobili z niej prostytucję, które nawet u pogan prawo karało. Egipcjanie do kryminalnej odpowiedzialności pociągali malarzy, przedstawiających bezwstydne przedmioty; Arystoteles zaś obywatelom i urzędnikom miejskim zalecał, aby usuwali malowidła i posągi nieprzyzwoite. Ojcowie Kościoła tym bardziej na to uwagę zwracali. Św. Grzegorz Nisseński niewstydne malowidła nieuczciwymi widowiskami nazywa, a Tacjan podnietą zmysłów; koncylia zaś Trullańskie i Trydenckie wyraźnie zabroniły tekstu biblijnego przedstawiać w bezwstydnych obrazach. Bulla „Sacrosanti” Urbana VIII tak w kościołach jak i przedsionkach kościołów zabrania umieszczać obrazów, w których coś nieprzyzwoitego i nieskromnego było. Powinni malarze nie tylko samych bezwstydnych scen nie przedstawiać, ale strzec się nagości nieprzystojnych, których łatwo mogą uniknąć. Grecy i w ogóle wszyscy chrześcijanie wschodni, u których obrazy Świętych są w tak wielkim poszanowaniu, nigdy ich inaczej nie przedstawiają, jak przyzwoicie odzianych; nagość w obrzydzeniu mają. Dobrze by by było, gdyby ich malarze zachodni naśladować zaczęli; ale, niestety, jakże to jest wiele obrazów, od których uczciwość chrześcijańska oczy każe odwracać! Jakże często widać aniołów w postaci chłopczyków nagich, a nawet najdoskonalszy wzór czystości i skromności dziewiczej, Najświętszą Marię Pannę, ośmielili się artyści przedstawiać w postaci niewiasty z utrefionymi włosami i odsłoniętymi ramionami, tak, że raczej jakąś boginię pogańską widzisz przed sobą, a nie królową dziewic. A Pan Jezus w dwóch czy trzech latach wieku ileż to razy w całkowitym obnażeniu jest przedstawiany. I pytamy, jaki pożytek tych nagości? Co na nich zyskuje pobożność? Jakie zbudowanie lud chrześcijański odnieść może? Czyż przeciwnie nie jest każdemu wiadomo, że takie przedstawienia, zwłaszcza na umysły dzieci i młodzieży robią silne zgubne wrażenie. Nie chcemy opisywać, w jaki sposób niektórzy malarze starali się uwydatnić katusze zadawane męczennikom, zapominając, że takie obrazy nie tyle uwielbienie dla bohaterstwa Świętych, ile oburzenie w jednych, a zmysłowość wrażeń w drugich obudzają. Wysilali się na piękność kształtów ciała i rysów oblicza, co przy nieskromnej nagości zwabiało tylko tych do patrzenia, w których zmysłowość stępiła święte uczucie chrześcijańskiej wstydliwości. Wprawdzie poganie do męczarni chrześcijanom zadawanym  w szatańskim okrucieństwie dodawali jeszcze i pogwałcenie ich wstydliwości, zdzierających z nich odzież i obnażonych na męki biorąc. Toż samo czynili i arianie, jak powiadają św. Atanazy, św. Hilary i historyk Euzebiusz. Gwałt ten, który święci musieli znieść, dodawał tym większej zasługi ich wierze i cierpieniu, ale czy to będzie zasługą malarza lub patrzących na obraz, jeżeli rzeczywistość w całej pełni przedstawioną zostanie? W takich razach malarz musi odstąpić prawdy historycznej dla nierównie większych względów, a pozostawiony konieczności, wybierze inną sytuację, inną chwilę, słowem uniknie zgorszenia. Jeśli niektórzy malarze, pragnąc wielkość cierpienia męczenników przedstawiać dla dogodzenia  swej próżności artystycznej, pominęli prawidła chrześcijańskiej uczciwości i skromności, a tym samym celu nie osiągnęli i sztukę równie jak jej świętość znieważyli, to lepiej im taż próżność posłużyła w obrazach pustelników płci obojej. Często widzieć można tych świętych samotników wyobrażonych z rękami, piersiami i nogami nagimi. Malarz dał im silne muszkuły, ciało białe i pulchne, jakby ci ludzie nie żyli pod gorącymi promieniami słońca, nie sypiali na ziemi i pod gołym niebem, i nie byli mieszkańcami egipskiej pustyni, a skutkiem tego nie mieli skóry twardej, ogorzałej i przykre na patrzącym wrażenie czyniącej. Po co ta próżność! Żaden z tych Świętych nago nie chodził, ubierali się w wory, robili sobie odzież z liści palmowych, jak św. Paweł, pierwszy pustelnik. A jeżeli ta uwaga nasza jest słuszną, gdy  o świętych pustelnikach mówimy, to o ileż słuszniejsza będzie, gdy ją odniesiemy do takich świętych pokutnic, jak św. Pelagia, św. Maria Egipcjanka, św. Maria Magdalena, tak często, albo wcale nie odzianych, albo ladajako, i to z umysłu”.

Przegląd katolicki, „Błędy religijnego malarstwa„, r. 1870, s. 49.

 

„Wszakże możliwi są aniołowie w postaci dziecięcej. Święta Franciszka widziała stale obok siebie anioła stróża w postaci dziewięcioletniego dziecka, jaśniejącego jak słońce; św. Augustynowi rozmyślającemu o Trójcy św. nad brzegiem morza objawił się anioł także w postaci dziecka. Lecz tego rodzaju przedstawienia są rzadkie; wymagają ich szczególne okoliczności, jak np. zgodność treści obrazu z przedstawioną legendą. W zwykłych jednakże warunkach postać dziecięcia nie wyobraża dokładnie pojęcia anioła: przecież dziecię jest dopiero w drodze rozwijania się cielesnego i umysłowego, gdy anioł jest duchem dokładnym, wyższymi władzami duszy, w całej ich postaci obdarzonym. Przy tym, czyż może być aniołem, do którego się modlimy, dzieciak nagi, tłusty, choćby najśliczniejszy, figlarne, nie odpowiednie wysokiej doskonałości i godności, ruchy wykonywujący, aniołek, którego Pismo św. nie zna, ale ludzie sobie wymyślili, kiedy anioł jest poważnym duchem, ideałem niewinności i wstydu, posłem Pana Boga, wykonawcą Jego woli, przewodnikiem i opiekunem naszym? Odrodzenie tego rodzaju aniołków do sztuki wprowadziło, reminiscencje o pogańskich geniuszach w rozmaitych formach przedstawiając. Stało się to jednak nie od razu. Najprzód anioła, ducha bezpłciowego, uosobienie czystości, obrano z szat, płeć mu nadano i szmatę około bioder zarzucono. A od nagości do postaci dziecięcej jeden krok. Niechrześcijańskie to przedstawienie aniołów, a tym bardziej nieliturgiczne”

Ks. Antoni Nowowiejski, “Wykład liturgii Kościoła katolickiego”, Tom I, Warszawa 1893,  s. 860.