Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

„Obóz świętych” czy przeklętych?

Przeklęty, kto łamie prawo przybysza, sieroty i wdowy. A cały lud powie: Amen” – Ks. Powtórzonego Prawa 27: 19.

Jeśli w waszym kraju osiedli się przybysz, nie będziecie go uciskać. Przybysza, który osiedlił się wśród was, będziecie uważać za obywatela. Będziesz go miłował tak jak siebie samego, bo i wy byliście przybyszami w ziemi egipskiej. Ja jestem Pan, Bóg wasz!” – Ks. Kapłańska 19, 33-34

 

 

Kiedy w 2005 r. ukazała się w Polsce powieść pt. „Obóz Świętych” autorstwa Jeana Raspaila, zachwytom ze strony konserwatystów zdawało się nie być końca. Na prawicy wychwalano tę książkę, jako celną przypowieść o upadku Zachodniej Cywilizacji, proroctwo o zgubnym nań wpływie obcych kulturowo imigrantów, negację lewicowych i politycznie poprawnych mitów. Ów aplauz był wzmacniany faktem, iż od czasu napisania tej powieści, a więc – od 1973 roku – rzeczywistość zachodniej Europy zdaje się potwierdzać, zarysowaną przez Raspaila wizję. Miliony pozaeuropejskich imigrantów (oraz ich potomków) na stałe zadomowiło się w Europie, nierzadko tylko w małym stopniu lub też wcale, asymilując się, z resztą społeczeństwa, zmieniając przez to w pewien sposób dawne oblicze Starego Kontynentu. Rządzący Europą zaś wydają się nie mieć żadnego sensownego pomysłu na rozwiązanie problemów związanych z wielkim napływem przybyszów z Trzeciego Świata. Jednym zdaniem: stara, chrześcijańska Europa ginie, a rodowici Europejczycy są zbyt słabi i głupi, by ten proces powstrzymać. Oto przesłanie Jeana Raspaila, które urzekło tysiące twardych konserwatystów w Polsce i na świecie, czyniąc jego „Obóz Świętych” jedną z najbardziej cenionych w tych kręgach powieści. Czy jednak rzeczywiście mamy się tu czym zachwycać? „Obóz Świętych” jest powieścią łatwą i prostą w odbiorze. Ktoś powiedział, iż czyta się ją jak zbiór esejów. Trudno się nie zgodzić z tą oceną. Choć mamy tu do czynienia z powieścią, to jednak sposób narracji jej autora, zestawienie występujących tam wypowiedzi, aura otaczająca jej pozytywnych bohaterów, a także przedmowa i posłowie, jakie Raspail był łaskaw do niej dołączyć, czynią przesłanie tej książki, aż nadto czytelnym. Treść „Obozu Świętych” w jednoznaczny sposób wskazuje więc czytelnikowi, co jest przez jej Autora uważane za słuszne, a co za błędne, z którymi występującymi tam postaciami ma się solidaryzować, a do których czuć wstręt i odrazę. Ta okoliczność sprawia, iż łatwo jest rozpoznać poglądy promowane przez Jeana Raspaila. Ten fakt wprawia również w osłupienie co do skali zachwytów, jakie w kręgach konserwatywnych zdołała wzbudzić owa powieść. Mimo pewnych słusznych uwag i obserwacji, jakie są na jej łamach forsowane, „Obóz Świętych” poraża ogromem i bezczelnością propagowanych tam błędów i herezji.

Kolor skóry czy stan ducha?

Sednem omawianej książki Raspaila jest wizja nagłego napływu do Europy przeszło miliona przybyszów z Indii. Imigranci ci, mają być śmiertelnym zagrożeniem dla zachodniej Cywilizacji ze względu na swą religię, kulturę, obyczaje, a także … rasę. Ciągle więc na kartach „Obozu Świętych” czytamy o niosących zagrożenie „czarnych” Hindusach, o potrzebie obrony „białej rasy„, o tym, że rasy nie są sobie równe. Wśród szkodliwych, bo politycznie poprawnych tez, wymienia się zaś twierdzenia o tym, iż „kolor skóry to tylko powłoka, pod którą wszyscy ludzie są tacy sami„. Piętnuje się tam również brak „poczucia dumy ze swej białej skóry i jej znaczenia„. Całości dopełniają jeszcze wywody o niezmienności charakteru rasowego: ” białego człowieka się nie zmieni, czarnego człowieka się nie zmieni, ponieważ jeden jest biały, a drugi czarny (…) Jeden nie znosi drugiego, jeden drugim pogardza. Obaj się nawzajem nienawidzą (…) Nie można ich zmienić „. Pomysł „zniesienia ras” jest kwitowany w książce stwierdzeniem: ” Skowronek i koń przysięgają, że już nigdy się nie rozłączą „.

W swej przedmowie i posłowiu Jean Raspail otwarcie głosi, iż segregacja ras jest koniecznością, gdyż są one do siebie nieprzystawalne, kiedy przychodzi dzielić im to samo środowisko. Jaki obraz rasy kreśli więc Raspail? Wydaje się on być jasny. Fakt posiadania białej skóry jest powodem do dumy, determinuje to nasz charakter. Osobowość zostaje też wyznaczona przez posiadanie innej niż biała (np. czarnej) skóry. Odmienne rasy będą zawsze się wzajemnie nienawidzić i sobą pogardzać, dlatego nie mogę żyć one razem. Gwoli ścisłości należy dodać, iż w końcówce powieści napotykamy na wypowiedź jednego z jej pozytywnych bohaterów, która nie pasuje do tej zarysowanej przed chwilą wizji. Hamadura (tak się nazywa ta postać) jest z pochodzenia Hindusem, który przystępuje do tytułowego „Obozu Świętych” (czytaj: bandy, która postanawia zabijać wszystkich napotkanych po drodze imigrantów). Człowiek ten deklaruje, iż dla niego „bycie białym nie oznacza koloru skóry, lecz stan ducha„. Takie postawienie sprawy może więc uspokajać i oddalać oskarżenia o rasizm. Jeśli bowiem nie wyznaczamy czyjejś przynależności rasowej poprzez jego kolor skóry, ale przez „stan ducha”, to wydaje się to nie być aż tak groźnym. Powstaje jednak pytanie, czy po tych wszystkich tyradach, jakie Raspail nam serwuje w kwestii wielkiego znaczenia białej skóry oraz ogromnego zagrożenia, jakie mają nieść dla Europy przybysze z Indii, m.in., ze względu na swą rasę, stwierdzenie o tym, iż ” bycie białym, to nie kwestia koloru skóry, lecz stanu ducha ” ma jeszcze, jakiekolwiek znaczenie? Czy może Autor nie próbuje w ten sposób mydlić oczu co poniektórym bardziej wrażliwym na przejawy rasizmu czytelnikom, przyczepiając nie-rasistowski kwiatek do rasistowskiego kożucha? Niestety, ale niemal wszystko wskazuje na to, że tak właśnie jest. Gdyby rzeczywiście bowiem Raspailowi chodziło tylko o „stan ducha”, jako wyznacznik identyfikacji, to nie dodawałby ciągle przy wzmiankach o Hindusach, iż są oni zagrożeniem dla Europy również ze względu na swą rasę. „Stan ducha” jest bowiem wyrażany przez cywilizację, kulturę, obyczaje, wierzenia, ale nie poprzez rasę, która przecież ze swej definicji jest zespołem wrodzonych cech biologicznych, tj. kolor skóry, barwa włosów, kształt twarzy, etc. Raspail mówiłby więc o „obcej cywilizacji”, „obcej religii„, „obcych wierzeniach„, ale nie „o obcej rasie„. Dla wyrażenia bowiem czyjegoś stanu ducha w 100 procentach wystarczą tego rodzaju określenia, zaś powołanie się tu na rasę niczego – poza przekonaniem, iż wrodzone cechy biologiczne wyznaczają naszą osobowość – tu nie wnosi.

Skazani na nienawiść?

Słabo kamuflowany rasizm promowany przez Raspaila na łamach „Obozu Świętych” jest błędem i herezję, które są nie do pogodzenia z chrześcijaństwem. Ewangelia nie zna bowiem dzielenia i wartościowania ludzi wedle ich rasy. W Piśmie świętym czytamy, iż wszystkie narody zostały wywiedzione w jednego pnia ( Dzieje Apostolskie 17: 26); wszyscy ludzie zgrzeszyli ( Rzymian 5: 12) zaś ” Bóg nie ma względu na osobę, lecz w każdym narodzie miły mu jest ten, kto się go boi i sprawiedliwie postępuje ” (Dzieje Apostolskie 10: 34 – 35). Co więcej Biblia naucza, że Syn Boży, Jezus Chrystus cierpiał mękę Krzyża za wszystkich ludzi. Boża miłość, która kazała Ojcu posłać swego Syna na haniebną śmierć krzyżową obejmuje wszystkich ludzi. Pan Bóg kocha wszystkich ludzi (Mateusz 5: 44-45; Jan 3: 16). Na tej podstawie Kościół  zawsze nauczał o zasadniczej jedności całej rasy ludzkiej i jednakowej godności wszystkich ludzi. W praktyce oznacza to, iż np. to co będziemy za równie złe uważać dokonywanie aborcji na białych, jak i czarnych dzieciach nienarodzonych. Zgwałcenie białej niewiasty będzie nas oburzało w takiej samej mierze co zgwałcenie czarnej kobiety. W sferze społeczno-politycznej miłość i sprawiedliwość objawiać będzie się w uznaniu równości wszystkich ludzi co do ich naturalnej godności i wypływającej z tego faktu praw, tj.: prawo do życia, wolności, honoru, pracy, poszanowania dobrego imienia, sprawiedliwego wynagrodzenia, własności, założenia rodziny. Mianem jawnej i ewidentnej herezji należy zaś nazwać Raspailowski pogląd w myśl którego charakter wypływający z rasowej przynależności jest niezmienny i w związku z tym ludzie odmiennych ras są skazani na wzajemną nienawiść oraz pogardę. Gdyby to było prawdą, to za kompletny nonsens musielibyśmy uważać katolickie nauczanie o powszechnym powołaniu do świętości! Gdybyśmy byli skazani na nienawidzenie i pogardzanie sobą nawzajem, to doprawdy jaki sens miałyby choćby wezwania Pana Jezusa, byśmy przebaczali i miłowali swych wrogów? Gdyby to rasa czyniła nas nieuleczalnie złymi (bo przecież żywienie do kogoś nienawiści i pogardy czyni nas złymi), to absolutnym absurdem byłaby nauka Pisma świętego i Magisterium Kościoła, wedle której zawsze jesteśmy w stanie odpierać pokusy do złego i postępować cnotliwie (por. 1 Koryntian 10, 13; Sobór Trydencki, Sesja VI, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. 11; Jan Paweł II, Veritatis Splendor, n. 102).

Głodnych wystrzelać, spragnionych wyrżnąć

Najbardziej wstrząsającym elementem omawianej książki Jeana Raspaila jest jednak nawet nie jej nieudolnie maskowany rasizm, ale wręcz otwarcie pochwalane tu ludobójstwo. Co uczynić z milionem głodnych, spragnionych, pozbawionych dachu nad głową, z których większość to bezbronne kobiety, dzieci i starcy, zmierzających do brzegów Europy z nadzieją „lepszego jutra„? Odpowiedź, jaka wyłania się z kart „Obozu Świętych” jest jasna. Jako, że wywodzą się oni z innego kręgu kulturowego, wyznają obcą religię, należą do odmiennej rasy – należy ich wszystkich wymordować. Mamy tu mieć bowiem do czynienia z „pokojowym najazdem” na Europę obcych przybyszów, których bronią jest „nędza i litość„, a których miłosierne przyjęcie doprowadzi do zniszczenia europejskiej cywilizacji. Jedyną deską ratunku w tej sytuacji jest więc wycelowanie w stronę imigrantów broni i wystrzelanie ich wszystkich bez różnicy wieku i płci. Wyrzuty sumienia, jakie mogą się tu pojawić są zbędnym, a nawet lewicowym i modernistycznym balastem, którego trzeba się pozbyć. To przerażające, ale właśnie do takiego „morału” zmierza cała treść „Obozu Świętych”. Bądź okrutny, wyrzeknij się miłosierdzia Niepokojącą zapowiedź tej strasznej konkluzji znajdujemy już w samej przedmowie Jeana Raspaila, gdzie zapowiada on nadejście „okrutnych czasów„, w których „miłosierdzie zwane chrześcijańskim okaże się bezsilne„. Na dalszych stronach „Obozu Świętych” przekonujemy się, iż istotnie sposób obrony europejskiej cywilizacji, jaką proponuje nam Raspail nie ma nic wspólnego z chrześcijańskim miłosierdziem, za to przeniknięty jest okrucieństwem.

Cała nadzieja w ludobójstwie

Wszystko zależy od Francuzów, prawda? Myślisz, że oni będą zdolni zabić milion nieuzbrojonych przybłędów? „. Oto fragment pytania, jakie niejaki Jack zadaje Normanowi Hallerowi, socjologowi i doradcy władz miejskich Nowego Jorku. To w usta Hallera Raspail wkłada cytowane wcześniej twierdzenia o koniecznej i nieodwołalnej nienawiści pomiędzy rasami. Ów socjolog, jako remedium na problemy rasowe trapiące Nowy Jork, wskazuje burmistrzowi tego miasta (owemu Jackowi) następujące remedium: ” Nic (nie można zrobić), panie burmistrzu, przynajmniej dopóki nie zabijecie ich wszystkich, jednych albo drugich, skoro nie można ich zmienić. A może pan potrafi? „. Burmistrz odpowiada na to: ” Psiakrew, nie potrafię! Możemy tylko czekać (…).”

Zarówno Jack, jak i Norman, są ukazani w „Obozie Świętych”, jako ludzie z jednej strony rozsądni i mądrzy, z drugiej zaś: zbyt tchórzliwi i słabi, by uczynić coś konkretnego w obronie białej cywilizacji. Z jednej strony wiedzą, że „trzeba zabijać wszystkich„, z drugiej mają świadomość, że sami tego nie uczynią. Pozostaje więc mieć im tylko nadzieję na ludobójców – oswobodzicieli białej rasy i cywilizacji.

Zabić ich wszystkich!

Czy znajdzie się zatem ktoś mający odwagę wymordować setki tysięcy niewiast, dzieci i starców? Z tym pytaniem Raspail zostawia więc czytelników swej powieści od początku. W miarę czytania książki pojawiają coraz to nowe promyki nadziei w tej sprawie. Wbrew lewicowej propagandzie, pomimo apeli „progresistowskiego” papieża i „modernistycznych” biskupów, wzywających do okazania miłosierdzia i solidarności przybyszom, znajduje się garstka prawdziwych bohaterów, którzy gotowi są ich zabijać. Obserwujemy więc jak dzielny kapitan Notaras nie chcąc pomagać w „inwazji na Europę” zostawia tonących imigrantów znad Gangesu, ich własnemu losowi (czyli na pewną śmierć w wodach oceanu). Władze Republiki Południowej Afryki stanowczo deklarują z kolei, iż żaden przybysz z Indii nie wkroczy żywy na jej terytorium, a cała masa imigrantów zostanie w razie potrzeby zmasakrowana przez karabinowe kule i lotnicze bomby. Prezydent Francji w swej uroczystej przemowie do narodu deklaruje, iż wydał rozkaz armii, by zabiła milion obcych przybyszów, wśród których – jak sam on przyznawał – były ” przede wszystkim kobiety, dzieci, wieśniacy bez pracy i bez źródeł utrzymania, wygnani przez głód, nędzę i nieszczęście „. Wreszcie zaczyna się formować tytułowy „Obóz Świętych”. A więc, nawiązująca do słów Apokalipsy św. Jana (20, 7-9) resztka obrońców dawnej cywilizacji. Owi „święci” okazują się spełnieniem nadziei Jacka i Normana, realizacją zapowiedzi południowoafrykańskiego rządu i rozkazu prezydenta Francji. Na czele z płk. Dragasesem postanawiają zabijać wszystkich imigrantów znad Gangesu, których spotkają na swej drodze. Nie ważne, czy będzie to mężczyzna, starzec, niewiasta czy małe dziecko (w powieściowej terminologii nazywane nagminnie „potworkiem”). Nie jest istotne, czy napotkani przybysze są uzbrojeni, czy nie. Tak jak nie ważne jest, czy zachowują się pokojowo, szukając tylko chleba i dachu nad głową, czy też agresywnie. Dla raspailowskich „świętych” wszyscy oni, bez różnicy płci i wieku, pokojowych bądź agresywnych zamiarów, są wrogami i złoczyńcami, którzy zasługują na kulę w łeb. Ich „winą” jest ciemny kolor skóry, odmienny krąg kulturowo-religijny, w którym przyszło im się urodzić i wychowywać oraz nędza, która kazała im szukać lepszego życia, poza Indiami. Wyrok płk. Dragasesa i jego bandy brzmi więc: trzeba zabić ich jak najwięcej, najlepiej wszystkich, jeśli tylko się da. Dzielni obrońcy cywilizacji strzelają więc do każdego napotkanego przybysza bez ostrzeżenia, celowo zabijając nawet małe hinduskie dzieci. Swą misję traktują już nawet nie jako wojnę, lecz „safari”, czyli polowanie na zwierzęta, a nawet zabawę i „byczy wypad” kolegów. Każdego zamordowanego w ten sposób ciemnoskórego imigranta, zaznaczają niczym trofeum, jako kreska na kolbach swych karabinów. Sumienie, jako przeszkoda Zakaz zabijania niewinnych, potępienie ludobójstwa, miłość do ubogich, karmienie głodnych, udzielanie gościny wędrowcom – te wszystkie tradycyjne cnoty chrześcijańskie, jawią się w powieści, jako zbędny balast w wojnie ras i cywilizacji, która nas czeka. Wszak „przeżycie usprawiedliwia masakry„, a pilot, który niegdyś zrzucił bombę atomową na Hiroszimę spokojnie umierał w swym łóżku. Niestety jednak ” od tamtej pory zachodnie armie wyćwiczyły się w wyrzutach sumienia „. Chrześcijańskie i po prostu ludzkie odruchy sumienia, są więc na kartach całej powieści przedstawiane, jako objaw słabości i tchórzostwa europejskiej cywilizacji. Nadzieją są ci, którzy je odrzucą i posuną się do ludobójstwa.

Obrońcy jakiej cywilizacji?

Czytając „Obóz Świętych” ma się nieodparte wrażenie, iż Zachodnia Cywilizacja, którą autor tak opiewa i w imię której nie waha się on opiewać nawet aktów ludobójstwa i innych zbrodni, jest przez niego traktowana wybitnie powierzchownie. Chrześcijańska cywilizacja na kartach tej powieści, to przede wszystkim jej atrybuty zewnętrzne: budzące podziw wieże katedr, zabytki, zwyczaj jedzenia sztućcami. Gdzie jednak podziała się w tym wszystkim przemiana serca, skrucha, pokuta, odmienione życie? Słowem to wszystko: co pozwalało chrześcijanom zmienić bieg historii dawnej Europy i odmienić jej dawną specyficznie pogańską mentalność (niestety jednak nie do końca)? Trudno jest doszukiwać się na kartach powieści Raspaila, śladów tego, co w cywilizacji europejskiej było najcenniejsze. Jest tam co prawda, fragment o ofiarnych zakonnikach, którzy chrzczą hinduskie dzieci (wystrzelane przed chwilą przez książkowych „świętych”), jednak ów wątek, po bliższym przyjrzeniu się wygląda bardziej groteskowo niż przejmująco. Oto bowiem, dobrzy i cnotliwy mnisi ratują dusze niewiniątek, którym śmierć zadali inni „święci”, prawdziwi obrońcy Europy. Poza tym, na poły groteskowym przecież fragmentem, „Obóz Świętych” nie oferuje nam prawie wcale, prawdziwie głębokich wspomnień chrześcijańskiej cywilizacji. Rzewnie i wzruszająco są za to opisane wspomnienia wizyt „świętych” w jednym z domów płatnej rozpusty. Jak brzmi komentarz narratora w tej kwestii: ” Widać było, że ogarnęło ich szczere wzruszenie. Miniony czas przybrał jakieś konkretne oblicze, a utracone szczęście – jakąś konkretną tożsamość. Na Zachodzie pieniądze dawały także szczęście. Tyle grzechów, ile proponowały… „. Właściciel tegoż przybytku, niejaki Sollacaro, po przystąpieniu do „Obozu Świętych” nie wykazuje żadnych oznak skruchy z powodu swej stręczycielsko-sutenerskiej przeszłości, chociaż jak deklaruje z dumą jest „katolikiem i nie zapomniał żadnej modlitwy”. Czego miałby zresztą żałować, skoro pozostali „święci” składają mu gratulacje z powodu prowadzenia najlepszego domu uciech na wybrzeżu, a nawet obwołują go kapelanem swej kompanii. Do obrony jakiej cywilizacji wzywa więc Raspail, skoro łzy wzruszenia wywołuje w nim zarówno wspomnienie dawnych katedr, jak i przybytków prostytucji, jako oaz szczęścia i wytchnienia?

Zła powieść

Przy lekturze powieści zawsze istnieje pewien margines niepewności, wyrażony słowami: „Co autor chciał przez to powiedzieć?„. Jeśli więc, ktoś się uprze, to – z różnych powodów – będzie twierdził, iż Raspail, nie pochwala w swej książce zbrodni, a tylko ją ukazuje. Wszelkie zasady interpretacji tekstu, zadają jednak kłam takiej wykładni. Raspail w jasny sposób wskazuje, kto w powieści ma budzić sympatię, a kto antypatię. Pozytywnymi bohaterami są więc tu, ci którzy mordują bezbronnych i niewinnych, a negatywnymi, wzywający do miłosierdzia i litości. Nadzieją jest tu zbrodnia i ludobójstwo, zaś tchórzostwem i słabością, miłość wobec przybyszów z Indii. I właśnie w ten sposób wydają się odbierać przesłanie książki, jej gorliwi fani. Na konserwatywnych forach dyskusyjnych, zachwyceni czytelnicy „Obozu Świętych” stosują w obronie tej powieści argumenty w stylu: „Czasami trzeba strzelać do wszystkiego co się rusza„, „Sam bym potraktował imigrantów napalmem„. Zatrute ziarna nienawiści i pogardy zostały zasiane… Gdyby zestawić przesłanie książki Jeana Raspaila ze „złotymi myślami” „Biblii Szatana” Anthony’ego Szandora La Veya, znaleźlibyśmy uderzające podobieństwa pomiędzy oboma „dziełami”. „Bądź okrutny, nie miej litości dla wrogów”; „Torturuj i zabijaj, jeśli kto cię uderzy w prawy policzek, trzaśnij go lewy i roztrzaskaj mu głowę„, „Niech będą przeklęci słabi, albowiem ziemia należy do silnych” – oto kilka (z nieco sparafrazowanych przeze mnie) cytatów z satanistycznej filozofii. Czy naprawdę wiele od nich różni się morał „Obozu Świętych”?