Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Nacjonalizm „de facto” jest błędem i herezją

Spore zamieszanie, a nawet oburzenie, wywołała w kręgach prawicowych wypowiedź prymasa Polski, abpa Wojciecha Polaka o tym, że nacjonalizm jest herezją. Czy jednak aby na pewno jest się tu czym oburzać?

Podstawowym problemem ze stwierdzeniami aprobującymi lub krytykującymi tezę  o nacjonalizmie jako herezji jest to, iż samo pojęcie nacjonalizmu niemal z samego swego założenia będzie w dużej swej części rzeczą płynną, nieokreśloną, co do której poszczególnych części składowych nie istnieje zgoda wśród osób określających się mianem nacjonalistów. I poniekąd jest to naturalny stan rzeczy, gdyż nie ma objawionej z Nieba definicji tego „czym jest prawdziwy nacjonalizm”, ani też nie istnieje jakiś światowy Watykan nacjonalistów, który ustalałaby co mieści się w ramach „nacjonalistycznej ortodoksji”, a co z takową jest sprzeczne. Oprócz więc może bardziej ogólnych stwierdzeń typu: „naród jest najważniejszy” albo „w polityce winno się stawiać interes własnego narodu ponad interesy innych nacji” bardzo trudno jest stwierdzić co – w sensie bardziej szczegółowym – mieści się w ramach autentycznego nacjonalizmu? Historia zaś i teraźniejszość różnych ruchów i środowisk odwołujących się do tego pojęcia tylko poświadcza ową trudność w zdefiniowaniu bardziej szczegółowych cech i elementów nacjonalizmu. Nacjonalistami zwą się wszak i wrogo nastawieni do chrześcijaństwa neo-poganie, jak i osoby dość obojętne wobec religii, ale również zdeklarowani katolicy, prawosławni czy protestanci. I choć jedni drugim mogą zarzucać odstępstwo czy wykrzywianie idei prawdziwego nacjonalizmu, to tak naprawdę – z powyżej przytoczonych względów – każda z tych grup  może uważać się za „autentycznych nacjonalistów„.

Innym problemem w odniesieniu do tego, czy nacjonalizm można nazwać doktrynalnym błędem czy herezją jest to, iż w bardziej oficjalnych aktach Magisterium Kościoła trudno jest znaleźć bardziej jasne potępienie czy też z drugiej strony pochwałę nacjonalizmu jako takiego. Jeśli już to potępia się pojęcie „przesadnego” albo „skrajnego” nacjonalizmu, jednak nie stwierdza się przy tym, iż np. umiarkowany nacjonalizm jest doktrynalnie w porządku, przez co pozostawia się kwestię oceny nacjonalizmu jako takiego otwartą i dyskusyjną. Co prawda, w różnych kręgach prawicowych przez długi czas był upowszechniany rzekomy cytat z encykliki „Caritate Christi compulsi” Piusa XI, w której ten miał twierdzić, iż”Prawy porządek chrześcijańskiego miłosierdzia nie zabrania prawowitej miłości Ojczyzny, ani nacjonalizmu; przeciwnie, kontroluje on go, uświęca i ożywia ” jednakże ów okazał się przekręcony i zmanipulowany, gdyż w rzeczywistości w cytowanym fragmencie papież ów nie użył słowa „nacjonalizm”. Poprawnym tłumaczeniem jest tu: „uporządkowana miłość chrześcijańska, nie tylko nie potępia przywiązania do narodu, przeciwnie zasadami swymi uświęca je i ożywia”. Chyba zaś nie trzeba nikomu specjalnie tłumaczyć, iż „przywiązanie do narodu” nie musi być absolutnie tożsame z „nacjonalizmem”. Co prawda każdy nacjonalizm jest przywiązaniem do swego narodu, ale nie każde przywiązanie do narodu musi być nacjonalizmem. Z drugiej zaś strony wypowiedzi niektórych papieży czy biskupów bardziej wyraźnie piętnujące nacjonalizm nie zostały ujęte w formie aktów magisterium Kościoła, lecz mają niższą rangę, przez co katolicy nie muszą w sposób automatyczny uważać takowych za wiążące ich serca i rozumy. Poza tym, pewnego rodzaju zdawkowość owych potępień nacjonalizmu z ust niektórych katolickich hierarchów też nie ułatwia sprawy, gdyż jak znam życie niektórzy z nacjonalistów mogliby powiedzieć, iż to co owi hierarchowie rozumieją jako „nacjonalizm” w rzeczywistości nie jest prawdziwym nacjonalizmem, ale np. nazizmem czy szowinizmem, a więc tak naprawdę nie potępili oni wyznawanych przez nich poglądów.

 

Osobiście jednak sądzę, iż można w miarę spokojnie powiedzieć, że – nawet bez wchodzenia w rozliczne szczegóły – zatrzymując się na najbardziej podstawowym i ogólnym rozumieniu tego czym jest nacjonalizm, ów można nazwać błędem doktrynalnym, herezją i nadużyciem. Już samo bowiem stwierdzenie, iż, choćby tylko w sferze doczesnej i politycznej, naród jest „najwyższą wartością” i „jego interesy winny być przedkładane ponad interesy innych nacji” jest ze wszech miar wątpliwe. Co bowiem, jeśli sprawiedliwość nakazuje w danej sytuacji przełożyć dobro innego narodu nad interes własnej nacji? Przykładowo, naród niemiecki w dużej swej części doprowadził do wybuchu światowej wojny, ludobójstwa, masowych mordów oraz rozlicznych cierpień z tego wynikających. Sprawiedliwym było więc poddanie Niemców pewnym formom represji i ograniczeń, to jest np. czasowej okupacji ich kraju, zawieszeniu niemieckiej państwowości na czas kilku lat, odebraniu im części posiadanych wcześniej terytoriów, nałożeniu daleko posuniętych ograniczeń na rozwój siły militarnej przyszłej niemieckiej armii. Z perspektywy stricte nacjonalistycznej, a więc uznającej prymat interesów własnego narodu nad inne, takie ograniczenia musiały się jawić jako krzywdzące, jednak jeśli już popatrzymy na takowe z punktu widzenia tradycyjnej moralności chrześcijańskiej, coś takiego było działaniami sprawiedliwymi i rozsądnymi.

Także inne z podstawowych założeń nacjonalizmu jest co najmniej wątpliwe, a w praktyce prowadzi do różnych grzechów i nieprawości. Chodzi mianowicie o twierdzenie, iż suwerenem danego państwa jego jego naród, a co za tym idzie każdy naród powinien mieć własne państwo i nim rządzić. Co jednak przy takim założeniu począć z katolickim nauczaniem o tym, iż  władza pochodzi od Boga, a nie od ludu i że warunkiem legalności danego rządu nie jest jego wyłonienie przez naród? Czy w takim razie należy potępić sytuację, w której dany naród jest rządzony przez państwo etnicznie mu obce? Jeśli tak to co począć z faktem, iż sam Bóg nakazywał np. Żydom życie pod obcymi im rządami (przykład babilońskiego władcy Nabuchodonozora, któremu Żydzi z Bożego polecenia mieli się podporządkować)?

Poza tym, gdy popatrzy się na historię również tych ruchów nacjonalistycznych, które odżegnywały się od pogaństwa i antychrześcijaństwa, a za to gorliwie akcentowały swe przywiązanie do katolicyzmu i chrześcijaństwa, to również w ich wypadku widzimy jak naznaczone one były poważnymi błędami oraz nadużyciami. Widzimy to na przykładzie tak chorwackich Ustaszy (odpowiedzialnych za przerażające i liczne akty sadyzmu oraz okrucieństwa), rumuńskiej „Żelaznej Gwardii” (zhańbionej choćby krwawymi czystkami antysemickimi przez nią dokonywanymi) czy też „naszym” ONR-e, który to postulował wypędzenie z Polski, po uprzednim odebraniu im prywatnej własności, wszystkich Żydów, choćby i ci byli z wyznania chrześcijanami (tak wiem, że w czasie II wojny światowej wielu ONR-owców pomagało wtedy Żydom, ale to nie zmienia historycznego faktu głoszenia wcześniej przytoczonych przeze mnie poglądów, ale raczej pokazuje zawiłości ludzkiej psychiki i duchowości).

 

Oczywiście, może się zdarzyć tak, iż ktoś nazywa się „nacjonalistą” jednak w rzeczywistości nie wyznaje żadnych błędnych czy heretyckich poglądów, które historycznie rzecz biorąc były powszechne w środowiskach nacjonalistycznych. Może jednak być też tak, że ktoś nazywa się „socjalistą”, a przy tym nie wyznaje żadnego z konkretnych poglądów socjalistycznych, które zostały potępione przez Magisterium Kościoła (ale np. pod pojęciem „socjalizmu” rozumie istnienie płacy minimalnej, Kodeksu pracy, opieki społecznej, a nie upaństwowienia większej części środków produkcji, rozdziału Kościoła od państwa, etc.). Jednak tak w wypadku owych „nacjonalistów” i „socjalistów” zachodzi pytanie o sensowność aprobatywnego używania pojęć, które w powszechnym obiegu językowym były i są rozumiane w znacznie szerszym i błędnym znaczeniu?