Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Czy kara śmierci „uniemożliwia” skazanym zbawienie?

W różnych dyskusjach na temat zasadności kary śmierci, jakie zdarzają się pośród chrześcijan jako argument przeciwko jej stosowaniu wysuwa się twierdzenie, jakoby wykonanie takowej „uniemożliwiało skazanemu zbawienie„. O ile dość łatwo jest wniknąć w logikę takiego uzasadnienia sprzeciwu wobec kary śmierci (człowiekowi potrzebny jest czas na wyrażenie skruchy za swe grzechy), o tyle też nie jest trudno obalić słuszność takowego.

Zacznijmy od tego, że żadne działanie danego człowieka czy ludzkiej instytucji z natury rzeczy nie jest w stanie uniemożliwić innemu człowiekowi osiągnięcia zbawienia wiecznego. Owszem, w pewnym sensie, można powiedzieć, że takie czy inne nasze czyny albo postawy, mogą naszym bliźnim w mniejszym bądź większym stopniu utrudnić ocalenie swej duszy. Przykładem takich działań są np. dawanie innym zgorszenia, przeszkadzanie komuś w praktykowaniu wiary, nieudzielanie bogobojnego wychowania, hamowanie czy nieprowadzenie działalności misyjnej, brak upominania grzeszących, etc. W przypadku takowych czynów i zachowań można powiedzieć, że nasze ludzkie działania, w jakimś tam sensie, utrudniają komuś dojście do Nieba. Ale nawet w ich wypadku, nie należy mówić o „uniemożliwianiu komuś zbawienia„, a i twierdzenie, że takowymi postawami „utrudniamy zbawienie” trzeba by wziąć w pewien margines nieporadności naszego ludzkiego języka, za pomocą którego trudno jest czasami wyrazić różne Boże tajemnice, a w tym np. zależność pomiędzy tym, iż Bóg daje każdemu łaskę potrzebną do zbawienia a prawdą, iż również poprzez naszą ludzką aktywność możemy Bogu pomóc zbawiać zagubionych.

Z powyższych rozważań widać więc, że już nawet samo pojęcie „utrudniania (przez ludzi)” zbawczego działania Boga jest w pewien sposób problematyczne, choć nie znając lepszego słowa na wyrażenie prawdy, iż przez nasze grzechy możemy prowadzić nie tylko siebie, ale także innych do piekła, poniekąd zmuszeni jesteśmy je używać. A co dopiero mówić o tym, że taki czy inny czyn człowieka (choćby i najbardziej zły oraz występny) mógł drugiemu człowiekowi „uniemożliwić zbawienie„? Nawet, gdyby kara śmierci była czymś absolutnie złym (a nie jest), to jej wymierzenie nie mogłoby nikogo pozbawić zbawienia, gdyż jak mówi jedna z podstawowych prawd katechizmowych: „Bóg daje każdemu tyle łaski, ile jest mu ona potrzebna do zbawienia„. Obojętnie więc, w jaki sposób i przez kogo, dany złoczyńca jest zabijany, to nie może mu to odebrać możliwości zbawienia. Boża łaska zbawienia nie jest bowiem zależna od ludzkiego działania i żaden człowiek nie może jej zniweczyć ani pokrzyżować (poza wolnym wyborem danej osoby). Gdyby pan Kowalski mógł uniemożliwić panu Nowakowi zbawienie tym czy innym czynem wobec niego zdziałanym, to Boża łaska zbawienia byłaby czymś śmiechu wartym, a nie działaniem wszechpotężnego i miłosiernego Boga.  Jeśli zatem ktoś kończy życie np. na krześle elektrycznym albo huśtykając na szubienicy to oznacza, że do tej pory miał dostatecznie wiele możliwości i okazji, by wyrazić skruchę za swe grzechy oraz nawrócić się do Boga.

Co więcej nie tylko nie można powiedzieć, iż kara śmierci uniemożliwia skazanym na nią zbawienia, ale można z dużą dozą prawdopodobieństwa rzec, że takowa sankcja ułatwia im pójście do Nieba. Dlaczego? Ano dlatego, że kara śmierci zwykle nie polega na gwałtownym i niespodziewanym zabiciu złoczyńcy, ale od jej zasądzenia do wykonania upływa mniej lub bardziej długi okres czasu. W tymże zaś odcinku czasowym skazany na śmierć człowiek ma wiele okazji do refleksji i przemyśleń nad swym życiem, postępowaniem, sensem istnienia, Bogiem i tym gdzie spędzi wieczność. Ba, człowiek taki może mieć znacznie więcej takich okazji siedząc w celi śmierci, aniżeli miałby ich na wolności, lub spędzając swe życie w więzieniu. Na co dzień bowiem, my ludzie nie mamy wszak skłonności, by myśleć o śmierci, o tym, że możemy niebawem umrzeć, tymczasem, gdy słyszy się wypowiedziany przez sędziego wyrok, niejako jest się zmuszonym, by o tym myśleć. W pewnym sensie, ci, co do których zasądzono karę śmierci, są w znacznie lepszej sytuacji od umierających np. w wyniku wypadku samochodowego albo innego nagłego zdarzenia, którym to na refleksję o swym życiu i wieczności nie zostało parę miesięcy czy parę tygodni jak skazanym na śmierć ale kilka minut czy kilka sekund. Gdy zaś uwzględnimy to, iż dawniej (a w niektórych krajach do dziś) władze cywilne w różny sposób zachęcały skazańców do pojednania się z Bogiem, to tym bardziej nierozsądne wydaje się mówienie, jakoby kara śmierci „uniemożliwiała”, czy choćby tylko „utrudniała” wieczne zbawienie.

Dobrze jest więc porzucić wspomniane wyżej nierozsądne myślenie o karze śmierci. Bóg wiedział co robi, ustanawiając takową jako środek tak ochrony społeczeństwa, jak i specjalną szansę daną wyjątkowo zdeprawowanym ludziom na zbawienie.