Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Pomiędzy psychologią a psycho-herezjami

Od jakichś kilkudziesięciu lat psychologia cieszy się niezmienną popularnością. Widać to nie tylko po mnogości psychoterapeutycznych gabinetów i osób korzystających z usług psychologów, ale także po tym, jak wiele z psychologicznych zwrotów i pojęć weszło już na stałe do naszego języka. „afirmacja”, „depresja”, „asertywność”, „alkoholizm”, „samoakceptacja”, „samorealizacja”, „niskie poczucie własnej wartości” – to tylko niektóre z takich wyrażeń. Można nawet powiedzieć, iż dla milionów ludzi na świecie psychologia stała się substytutem religii i duchowości. To u psychologów i w pisanych przez nich książkach często szuka się dziś pocieszenia, sensu życia, rad mających być odpowiedzią na pytania dotyczącego tego, jak być pogodzonym z samym sobą i otaczającym nas światem. Oczywiście, fakt, iż psychologia stała się dla niektórych zamiennikiem chrześcijańskiej duchowości, nie musi przekreślać owej gałęzi nauki z samej jej definicji i natury. Istnieje wszak wiele nurtów psychologii oraz tez głoszonych przez psychologów, które nie zawsze przecież stoją w opozycji do chrześcijaństwa. Ba, opinie i poglądy psychologów, choć są wyrażane odmiennym językiem, często potwierdzają tradycyjnie chrześcijański sposób patrzenia na rzeczywistość. Na przykład, psychologia mówiąca o dużym wpływie zmartwień, lęków i różnych innych psychologicznych bolączek na powstanie i rozwój wielu fizycznych chorób, w istocie swej tylko powtarza to, co już przed kilkoma tysiącami laty na ów temat objawił Pan Bóg w swoim Słowie: „Radość serca wychodzi na zdrowie, duch przygnębiony wysusza kości” (Przys. 17, 22). Innym z przykładów dobrych i czerpiących wiele z chrześcijaństwa, popularnych rad psychologicznych, może być podkreślanie wagi optymizmu, wiary w zmiany na lepsze, etc. Wszak Pismo święte w niejednym miejscu mówi o tym, by się nie lękać, mieć ufność w Bogu, wierzyć w to, że zmiany są możliwe (por. Psalmy: 55, 23; 27, 5; 37, 5; 1 List św. Piotra 5, 7; Hebr 13, 5).

Jednak, jak zapewne domyśliła się już większość czytelników tego tekstu, w odniesieniu do psychologii, istnieje też przysłowiowa „druga strona medalu”. Jest to pokaźna liczba opinii i tez wyznawanych przez niemałą część psychologów, które w świetle tradycyjnego chrześcijaństwa są co najmniej dwuznaczne, niebezpieczne, a nieraz nawet jawnie błędne i bezbożne. W tym tekście pozwolę sobie na wymienienie i omówienie kilku z nich. Wbrew temu, co by się mogło wydawać, nie skupię w nim na tym, że wielu psychologów wyznaje światopogląd co najmniej niechrześcijański i w związku tym mają oni silną tendencję, by w swych opiniach i radach, usprawiedliwiać różne nieprawości, grzechy czy bliskie okazje do grzechy (np. nierząd, cudzołóstwo, homoseksualizm czy rozwód), przedstawiając je jako zdrowe formy „samorealizacji”. W tym artykule spróbuję się skupić na pewnych, najbardziej akceptowanych, będących wręcz wyrazem powszechnej zgody wśród psychologów, tezach i opiniach, które można uznać za będące korzeniem i źródłem wielu innych błędów i dwuznaczności popularyzowanych przez znaczną część psychologicznego światka.

W stronę egocentryzmu

I tak wedle „opinio communis” psychologicznego światka głównym źródłem problemów człowieka jest „niska samoakceptacja” i „niskie poczucie własnej wartości”. Psycholodzy o bardziej chrześcijańskim nastawieniu określają to jako „brak miłości do samego siebie i darzenie siebie nienawiścią”. Nieraz w tym kontekście pojawia się nawet odwołanie do jednego z najważniejszych przykazań Bożych, które nakazuje nam kochać swych bliźnich, jak siebie samego (Mt 22: 39). Wedle takiej psychologicznej interpretacji owego Bożego nakazu, nie można miłować innych, póki nie kocha się samego siebie. A zatem, pierwszą rzeczą, jaką należy w swym życiu uczynić, to „pokochać siebie”, „zaakceptować siebie”, „mieć pozytywny obraz samego siebie”.

W czym tkwi błędność i niebezpieczeństwo takiego postawienia sprawy? Otóż, w świetle Pisma świętego i tradycyjnej duchowości katolickiej problemem człowieka jest raczej nadmiar miłości do samego siebie (tzw. miłość własna), aniżeli „autonienawiść”. Podobnie, zbytnie przekonanie o własnej wartości, było przez 20 wieków chrześcijaństwa zwane niepochlebnym mianem „pychy”, której „początkiem (jest) grzech, a kto się jej trzyma zalany będzie obrzydliwością” (Syr. 10, 13). Na kartach Pisma świętego i w nauczaniu Ojców Kościoła oraz Świętych można znaleźć wiele tego rodzaju ostrzeżeń. I tak św. Paweł ostrzega, iż w czasach ostatnich ludzie będą „samolubni” (2 Tym. 3, 1); Pan Jezus naucza z kolei: „Ten, kto kocha swoje życie traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne” (Jn. 12, 25). W Biblii mamy też wezwania do zapierania się samego siebie (Łk. 9, 23; Mt. 16, 24); uniżania siebie jako drodze do prawdziwego wywyższenia (Łk 18, 14); polecenia typu: „Im większy jesteś tym bardziej się uniżaj” (Syr. 3, 18); „w pokorze oceniajcie jedni drugich za wyżej stojących od siebie” (Flp 2, 3) oraz wyznania w stylu: „(jestem) pierwszy z grzeszników” (1 Tym.1,15); „Nieszczęsny ja człowiek!” (Rzym.7, 24); „mnie, jako poronionemu płodowi” (1 Kor 15, 3,8); „najmniejszy ze wszystkich świętych” (Ef 3, 8). Ojcowie i Święci Kościoła nieraz głosili nauki jeszcze bardziej będące na bakier z omawianymi doktrynami psychologicznymi. Papież św. Grzegorz Wielki uczył, iż człowiek uważający, że jest czymś, jest niemądry, a gdyby siebie dobrze znał, czułby do siebie wstręt i pogardę. Św. Wincenty Fereriusz twierdził: „jestem niczym, nie mogę niczego, nie mam wartości. Zawsze Tobie służę źle i we wszystkim jestem sługą niepożytecznym”. Św. Ludwik Grignion de Monfort pisał: „Mądrość nieskończona (…) każe nam nienawidzić samych siebie, Nic tak nie jest godne miłości jak Bóg, nic tak godne nienawiści jak my sami”. Św. Jan Vianney uczył: „Człowiek (…) sam z siebie nie wnosi niczego, oprócz grzechu i kłamstwa”

Nakaz miłowania innych tak jak samych siebie wcale zaś nie oznacza, że aby kochać bliźniego najpierw musimy pokochać samych siebie. W rzeczywistości bowiem każdy miłuje już siebie ze swej natury. List do Efezjan ujmuje to w następujących słowach: „Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią  do własnego ciała, lecz (każdy) je żywi i pielęgnuje” (tamże: 5, 29). Zadanie jakie jest przed nami postawione to więc nie: „najpierw pokochaj siebie, byś mógł kochać innych”, ale raczej: „siebie już z natury rzeczy kochasz, teraz zacznij miłować innych tak, jak miłujesz siebie samego”.

A co z autodestrukcją, samobójstwami, ciężkimi depresjami, samogłodzeniem się, negatywnym obrazem samego siebie i tym podobnymi zjawiskami? Czy nie są one dobitnym dowodem na to, że człowiek może sam siebie nienawidzić? To co na pierwszy rzut oka wydaje się nam nienawidzeniem samego siebie może być równie dobrze interpretowane jako przejaw „miłości własnej”. Kobiety np. często cierpią z powodu przekonania o swej fizycznej nieatrakcyjności. Czy to oznacza, że dlatego nienawidzą samych siebie? Nie. One nienawidzą swego wyglądu, dlatego, że kochają siebie i chciałyby ładnie wyglądać. Inni nienawidzą swych porażek, gdyż kochają siebie i chcieliby w związku z tym odnosić sukcesy. Nawet w wypadku anorektyków nie jest trudne do wykazania, iż ich patologiczna niechęć do jedzenia, nie musi wcale wypływać z nienawiści do siebie. Wszak dla cierpiących na anoreksję, chude ciało jest ideałem piękna i właśnie w imię owego „wzoru” postanawiają oni głodzić swój organizm. Dla nich głodzenie swego ciała jest – rzecz jasna chorą i skrajnie kaleką – formą troski o nie.

Co ciekawe, wedle badań opublikowanych swego czasu przez „Psychological Review”, a przeprowadzonych przez trójkę profesorów psychologów: Ray F. Baumeister z Case Western Reserve University oraz Joseph M. Boden i Laura Smart z „University of Virginia”, to właśnie „poczucie własnej wartości” może być źródłem najbardziej bolesnych problemów. Naukowcy ci doszli do wniosku, iż zbyt wysokie mniemanie o sobie może być główną przyczyną szczególnej brutalności w przestępstwach takich jak gwałt, napad zbrojny, wojny gangów i zbrodnie powodowane nienawiścią. Wspomniana wyżej trójka psychologów swoje badania oparła na podstawie analizy literatury historycznej, socjologicznej i społecznej. Piszą oni:
Gdyby prawdziwą przyczyną przemocy było niskie poczucie własnej wartości to terapeutycznie rozsądne byłoby przekonanie gwałciciela, mordercy, znęcającego się nad żoną, płatnego zabójcy, tyrana, sadysty itd., że jest kimś nadzwyczajnym” – gdy tymczasem zdaniem autorów osoby te już mają o sobie takie przekonanie (…) Mężowie o długich brodach i łysych głowach już od tysięcy lat przekonują, że najlepszym sposobem na szczęście – i w wymiarze osobistym, i społecznym – jest myśleć o sobie bardzo skromnie, unikać egotyzmu i poświęcać swój interes w imię wyższego bądź wspólnego dobra”.

Jednym z argumentów za tym przemawiającym są liczne wyniki badań prowadzonych w więzieniach, które przekonują, iż typową cechą kryminalistów jest przekonanie o byciu istotą lepszą od innych. Charakterystyczne jest np. dla mężów znęcających się nad żonami i rasistów, mówienie, iż czynili to po to by pokazać swym ofiarom „gdzie jest ich miejsce”. Nie od rzeczy, jest też uwaga autorów tych badań, iż popełnienie przestępstw wiążą się zwykle z ryzykiem, a ludzie, którzy ryzykują, najczęściej wierzą, iż są zdolni przetrzymać to, czego nie przetrzymałby zwykły, gorszy śmiertelnik. Wspomniana trójka psychologów zwraca też uwagę, że ludzie pogrążeni w depresji, którzy  mają ewidentnie niskie mniemanie o sobie, niemal nigdy nie czynią krzywdy drugiej osobie, co najwyżej sobie samemu (na postawie artykułu: „Poczucie własnej wartości na cenzurowanym”; http://www.tiqva.pl/o-psychologii/104-czy-biblia-kae-nam-naladowa-narcyza-http://www.tiqva.pl/o-psychologii/104-czy-biblia-kae-nam-naladowa-narcyza- ).

Oczywiście tego, co zostało tu wyżej napisane, nie należy interpretować, jakoby ideałem było ciągłe mówienie o sobie: „Jestem do niczego”; „Nic mi się nie uda”; „Nienawidzę siebie”. Trzeba wszak wierzyć, iż z Bożą łaską i pomocą, można osiągnąć wiele, a czucie się kochanym przez Pana Boga z pewnością jest ważne. Pismo święte wszak naucza też, że jako ludzie zostaliśmy „cudownie stworzeni” (Psalm 139, 14) oraz zapewnia, iż jesteśmy „ważniejsi niż wiele wróbli” (Łk 12, 6-7). Chodzi jednak o, że w tradycyjnie chrześcijańskiej perspektywie brak jest podstaw, by popierać twierdzenie o rzekomym braku miłości do samego siebie oraz „negatywnym wizerunku własnej osoby” jako głównym źródle ludzkich problemów. To raczej ciągłe mówienie o tym, że człowiek musi się kochać, darzyć samoakceptacją i dbać o pozytywny obraz samego siebie może w niezbyt długiej perspektywie prowadzić do pychy oraz egocentryzmu. Tym bardziej będzie prowadziło to do tych bardzo złych cech, jeśli „pozytywny obraz samego siebie”, „samoakceptacja” i „miłość do siebie” będę budowane w oderwaniu od wiary w Pana Boga oraz Jego cudownej łaski.

Grzech czy choroba?

Innym z bardzo niebezpiecznych poglądów psychologii jest nazywanie pewnych złych ludzkich zachowań (zwłaszcza tych dokonywanych nałogowo) mianem „choroby”.

Nie byłoby  w tym niczego groźnego, gdyby określanie grzechów jako „chorób” oznaczało tylko tyle, iż zło moralne owocuje w życiu człowieka różnymi negatywnymi następstwami oraz sprawia, iż nie funkcjonuje się wówczas w sposób prawidłowy i normalny na różnych płaszczyznach. Analogiczne skutki wywołują wszak na płaszczyźnie biologicznej choroby o fizycznym charakterze. W tym sensie, można więc nazwać grzech „chorobą”. Istnieje jednak też sens słowa „choroba”, którego przenoszenie na płaszczyznę moralną, musi owocować różnymi błędami. Otóż w przypadku części chorób fizycznych, bardzo trudno lub wręcz niemożliwym, jest mówić o moralnej odpowiedzialności za bycie chorym. Można np. dość łatwo zarazić się przeziębieniem, czasami dzieci dziedziczą po swych rodzicach różne choroby, niektórzy ludzie nabyli wirusa HIV lub HPV nie wskutek prowadzonego przez siebie nieporządnego życia, ale w wyniku transfuzji krwi, nie zachowania potrzebnych wymogów higieny przy przeprowadzanych w szpitalach operacjach i zabiegach, etc. Inną cechą stanu chorobowego jest to, iż w trakcie choroby nie mamy kontroli nad pewnymi fizycznymi reakcjami swego organizmu. Nie można wtedy np. rozkazać swej głowie, by przestała gorączkować, albo nakazać swemu brzuchowi by już nie bolał.

Nietrudno dostrzec, jak niszczące może być patrzenie na moralność w tych kategoriach. Owocuje to uwalnianiem z moralnej odpowiedzialności sprawców różnych nieprawości. Zamiast rozpustników mamy więc „seksoholików”, w miejsce pijaków powstali „alkoholicy”.

Mówi się „Ten człowiek nie odpowiada za swe czyny, nie ponosi winy, bo jest chory„; „To choroba, a więc nie można mówić w tym wypadku o grzechu„; „Nie winię samego siebie, gdyż moje zachowanie wynikało z choroby„; „Jestem chory, nie mogę się powstrzymać od nadmiernego picia i seksu”.

Skonfrontujmy ten sposób myślenia z wiatą katolicką wyrażoną w poniższych wypowiedziach Magisterium Kościoła”:

Wreszcie, jest zawsze możliwe, że przymus lub inne okoliczności mogą przeszkodzić człowiekowi w doprowadzeniu do końca określonych dobrych działań; NIE SPOSÓB NATOMIAST ODEBRAĆ MU MOŻLIWOŚĆ POWSTRZYMANIA SIĘ OD ZŁA, zwłaszcza jeżeli on sam gotów jest raczej umrzeć niż dopuścić się zła (…) W określonych sytuacjach przestrzeganie prawa Bożego może być trudne, nawet bardzo trudne, NIGDY JEDNAK NIE JEST NIEMOŻLIWE.” –  Jan Paweł II, „Veritatis splendor”, n. 52, 102.

ŻADEN CZŁOWIEK, choć usprawiedliwiony, nie może się uważać za zwolnionego z przestrzegania przykazań; nikt nie powinien podzielać błędnego mniemania, potępianego przez Ojców, wedle którego przestrzeganie Bożych przykazań jest dla człowieka usprawiedliwionego niemożliwe. Bóg bowiem nie nakazuje tego, co niemożliwe, lecz nakazując przynagla cię, byś czynił wszystko, co możesz, a prosił o to, czego nie możesz, On zaś pomoże ci, byś mógł, albowiem „przykazania Jego nie są ciężkie” (1 J 5, 3), a „jarzmo Jego jest słodkie i brzemię lekkie”>>” (por. Mt 11, 30) – Sobór Trydencki, Sesja VI, „Dekret o usprawiedliwieniu”, rozdz. 11.

Jeśli choroba psychiczna, nałóg lub uzależnienia sprawia, iż dany człowiek nie jest w stanie powstrzymać się od popełniania jakiejś nieprawości, to powyższe nauczanie katolickie jest kłamstwem.

Oczywiście, trudno kwestionować istnienie, pewnego rodzaju- czy to zewnętrznych czy wewnętrznych – rodzajów przymusów, które w jakiś tam sposób ograniczają dobrowolność podejmowania decyzji. Tyle tylko, że nie istnieje przymus o charakterze bezwzględnym, nie ma takiej choroby, w skutek, której człowiek nie mógłby się w żaden sposób oprzeć pokusie do pijaństwa, nieczystości, obżarstwa czy nienawiści. Jasne, że jeśli ktoś odczuwa jakiś rodzaj przymusu, to wina za popełnianie tych nieprawości może być mniejsza, ale nie można powiedzieć, że człowiek ów „po prostu jest chory i nie odpowiada za swoje czyny, gdyż nie jest w stanie się od nich powstrzymać„.

Szukajmy wpierw jedzenia czy Królestwa Bożego?

Kolejnym niebezpiecznym i dwuznacznym twierdzeniem psychologii jest tzw. hierarchia potrzeb, czyli opinia, jakoby fizyczne potrzeby człowieka, takie jak pożywienie, ubranie i schronienie, muszą być zaspokojone najpierw, później tak zwane potrzeby psychologiczne, a dopiero na końcu potrzeby duchowe. Od razu rzuca się w oczy, iż takie stawianie sprawy wydaje się być sprzeczne z tym czego nauczał Pana Jezus, a mianowicie:
Starajcie się naprzód o królestwo (Boga) i o Jego sprawiedliwości, a to wszystko (pożywienie, ubiór, schronienie) będzie wam dodane” (Mt 6,33)

„Hierarchia potrzeb” może mieć swą właściwą interpretację, jeśli traktować ją, jako dostrzeżenie pewnej socjologicznej prawidłowości, którą można streścić w słowach:Większość ludzi niezbyt interesuje się sprawami duszy, jeśli potrzeby ich ciała nie są zaspokojone”. Niebezpieczeństwo tego psychologicznego poglądu polega jednak na tym, że łatwo jest uczynić z dostrzeżenia owego socjologicznego, acz smutnego faktu, właściwy, pożądany model postępowania i wartościowania rzeczywistości. Ktoś może zatem rzecz (i bardzo często tak się dzieje): „Póki nie będę miał pełnej miski, nie mam zamiaru przejmować się jakimś tam posłuszeństwem wobec jakiegoś tam Pana Boga” albo: „Człowieku, muszę kraść, kłamać i oszukiwać, aby przetrwać, Bóg mi przecież nie ześle manny z nieba”. Sprzeczność takiego podejścia do spraw duszy i ciała z tradycyjnym chrześcijaństwem, będzie w tym wypadku, oczywista, radykalna i rażąca.

Można by jeszcze dużo pisać o różnych wątpliwych, jeśli nie otwarcie błędnych poglądach wielu psychologów. A więc np. o idei „katharsis” („oczyszczenia”) zakładającej, iż pewne negatywne emocje powinny być uwalniane na polu sztuki i kultury, która otworzyła drogę do istnego wylewu bluźnierstw, wyuzdania, pornografii i przemocy na teren popkultury. Albo o niemal jednomyślnym przekonaniu psychologów o szkodliwości kar cielesnych nawet tych stosowanych względem dzieci; co jest bezpośrednim zaprzeczeniem tych fragmentów Pisma świętego, które owe kary chwalą, polecają i nakazują. Nie wspominając już o jednym z najbardziej popularnych przekonań psychologii, iż tłumienie w sobie pewnych myśli, pragnień i emocji, jest źródłem stresów i kompleksów, a zatem należy dać im otwarty, nieskrępowany wyraz, „wykrzyczeć je”; co jest prostą drogą do praktykowania i usprawiedliwiania różnych grzechów i nieprawości.

Czy chodzi mi zatem o to, iż cała psychologia jest nauką diabelską, bezbożną i zwodniczą? Bynajmniej. Rzecz w tym, by do rozmaitych psychologicznych tez i koncepcji podchodzić z odpowiednim dystansem i ostrożnością, zgodnie z nakazem św. Pawła Apostoła:Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie. Unikajcie wszelkiego rodzaju zła” (1 Tes 5, 21 – 22). Po prostu, psychologia niesie za sobą dobre i w swej istocie chrześcijańskie koncepcje, ale niemało jest też w niej błędnych, złych i zwodniczych rad. Mądrością jest to, by odróżniać jedno od drugiego.