Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Czy prawna karalność cudzołóstwa oznacza totalną inwigilację społeczeństwa?

Mimo iż pogląd wedle którego należy: „uznać za nijakie lub znieść wszelkie ustawy karne, jakie państwo wydało dla zachowania wierności małżeńskiej” został przez papieża Piusa XI w encyklice „Casti Connubii” jasno potępiony jako „podły i haniebny pomysł„, nawet wśród konserwatywnych katolików nie brakuje przeciwników prawnego zakazu i karalności zdrady małżeńskiej (to znaczy cudzołóstwa). Chyba najczęściej powtarzanym przez nich argumentem (a może bardziej hasłem?) przeciwko owej tradycyjnej doktrynie jest twierdzenie, iż tego rodzaju prawo byłoby praktycznie nie do wyegzekwowania, a gdyby rządzący rzeczywiście chcieli je wprowadzać w życie musieliby przeprowadzać jakąś totalną inwigilację społeczeństwa (np. montować kamery w sypialniach obywateli) i wsadzać do więzień jakieś 50 procent społeczeństwa.

Przywołany wyżej argument przeciwników prawnej karalności cudzołóstwa wydaje się być na pierwszy rzut oka trafny, jednak po bliższej analizie okazuje się  bardzo powierzchownym, kalekim oraz przynajmniej częściowo opartym na fałszywych założeniach. Zwolennicy tego poglądu nie zauważają bowiem choćby tego, iż nie musi być celem każdego z prawnych zakazów wykrycie wszystkich czy choćby większości z objętych nim zachowań. Czasami celem danego prawa może być po prostu częściowe ograniczenie występowania danego czynu poprzez wzmacnianie w społeczeństwie przekonania o jego złu i obrzydliwości oraz niezbyt częste jego egzekwowanie w praktyce. O co chodzi w tym rozumowaniu? Pokażę to na przykładzie funkcjonowania prawnego zakazu zoofilii (czyli seksualnego współżycia ze zwierzętami). Otóż, nawet w krajach, gdzie zboczenie to jest prawnie zakazane i karalne, policja zwykle nie inwigiluje posiadaczy czworonogów na wypadek tego, czy aby część z nich nie czyni z nimi czegoś sprośnego. W takich państwach raczej bardzo rzadkie są też procesy o zoofilię (nie wiem np. czy w Polsce w zeszłym, to jest 2015 roku odbyła się choćby jedna sprawa karna w takiej sprawie). Można jednak założyć, iż każdego roku, dajmy na to, w przeszło 30-milionowym kraju kilka tysięcy ludzi dopuszcza się tego zboczenia. Ktoś mógłby więc powiedzieć, że skoro na kilka tysięcy faktycznie dopuszczających się zoofilii ludzi, rocznie skazywanych jest za ów czyn jedynie kilka, kilkanaście, a może góra kilkadziesiąt osób, to w takim razie prawo takie jest martwe i należy je znieść. W tym myśleniu tkwi jednak poważny błąd. Otóż, wyobraźmy sobie, że w myśl takiego założenia, prawodawca postanawia znieść prawny zakaz prywatnych praktyk zoofilskich. Prawdopodobnie, w ciągu 1, 2 czy 3 lat nie oznaczałoby to gwałtownego wzrostu przypadków seksualnego wykorzystywania zwierząt. Ale, czy można by coś takiego założyć w przełożeniu do całego pokolenia wychowanego w poczuciu bezkarności takowego zboczenia? Czy w ciągu 20-30 lat takiej prawnej bezkarności można uznać za prawdopodobne, iż liczba przypadków zoofilii nie wzrosłaby, dajmy na to z 5 tysięcy rocznie do 10 -15 tysięcy? Otóż, owszem prawdopodobnie, doszłoby do podobnego wzrostu i nie trudno jest wskazać na możliwe tego przyczyny. Otóż, o ile w sytuacji nawet słabo egzekwowanego zakazu zoofilii, dopuszczający się takich rzeczy musiałby się przynajmniej trochę liczyć z ryzykiem, iż spotka go za to kara, o tyle w przypadku zniesienia takiego zakazu, to niebezpieczeństwo odeszłoby w niebyt. W związku z tym, taki zoofil w śmielszy niż w czasach prawnej karalności tej obrzydliwości sposób mógłby mówić o tym innym, zachęcać do tego innych, a także częściej niż wcześniej wykorzystywać zwierzęta. I nawet, jeśli większość ludzi ciągle z dezaprobatą patrzyłaby na jego ohydne czyny, to taki człowiek mógłby wciągnąć w swe zboczenie więcej  ludzi niż w czasach jego prawnej nielegalności. Sam też tym bardziej mógłby się w swej obrzydliwości pogrążać, czyniąc ją częściej, gdyż zapewnienie ze strony państwa o całkowitej bezkarności, czyniłaby go jeszcze bardziej zuchwałym i „odważnym” w jej popełnianiu. Dodatkowo, o ile funkcjonowanie prawnego zakazu sprawiało, iż wielu ludziom owe czyny wydawałyby się tym bardziej ohydne, o tyle ich legalizacja osłabiałaby w społeczeństwie poczucie, iż są one w rzeczywistości złe, obrzydliwe i wstrętne. O ile, w czasach karalności zoofilii 99 procent mieszkańców danego kraju uważałoby ją za coś absolutnie złego, o tyle już po 30 latach od zniesienia jej prawnego zakazu, tak uważałoby już np. 80 procent, zaś dalszych 20 procent w różny sposób relatywizowałoby jej zło, mówiąc, że „to zależy”, „że jeśli robi się to w swoim domu, to nic mi do tego”, albo, że to jest „po prostu jedna z seksualnych orientacji”.

Tak też, czy mimo braku szeroko zakrojonej inwigilacji właścicieli zwierząt oraz bardzo rzadkich procesów karnych przeciw zoofilom, państwa utrzymujące prawny zakaz zoofilii czynią źle, utrzymując w ten sposób rzekomo „martwe prawo”?  Oczywiście, że robią one dobrze zakazując seksualnego wykorzystywania zwierząt, gdyż najpewniej zdają sobie sprawę z tego, iż legalizacja tej praktyki w dłuższej perspektywie czasowej przyczyniałaby się do jej rozszerzania oraz osłabiania w społeczeństwie przekonania o jej złu. I działoby się tak najpewniej również w sytuacji, gdyby zoofilia została zalegalizowana „tylko” w jej prywatnym wymiarze, a publiczna propaganda tego zboczenia wciąż byłaby prawnie zakazana.

Bardzo podobnie jest ze zniesieniem prawnego zakazu i karalności zdrady małżeńskiej.  Nawet, jeśli zdecydowana większość z winnych cudzołóstwa i tak nie jest zań karana, to w warunkach jego nielegalności muszą oni przynajmniej kilka razy zastanowić się nad tym, czy aby na pewno chwalić tym przed innymi, czy opłaca się uwodzić cudzą żonę, etc.? W ten sposób ich zły wpływ na społeczeństwo zmniejsza się. Ponadto, mąż czy żona, przed którymi stoi pokusa cudzołóstwa muszą też kilka razy zastanowić się, czy aby na pewno kilkadziesiąt minut przyjemności jest warte poniesienia choćby i małego, ale jednak ryzyka odczucia na sobie prawnie negatywnych tego konsekwencji? W ten zaś sposób część ludzi, która w warunkach prawnej legalności cudzołóstwa uczyniłaby je, w sytuacji gdy jest ono zakazane, powstrzyma się od niego. Dochodzi do tego jeszcze kwestia wychowawczej roli prawa, a więc faktu, iż prawo zakazując danego zachowania wzmacnia w ludziach przekonanie o tym, że jest ono złe i ohydne. O ile więc, w sytuacji, gdy cudzołóstwo jest legalne jego poziom w danym społeczeństwie może sięgać 30-50 procent, o tyle w sytuacji, gdy jest ono nielegalne, nawet, gdy procesy tyczącego się takowego są rzadkie, ten procent może być dwu albo i trzykrotnie niższy. W ten sposób, nawet bez systemu powszechnej inwigilacji społeczeństwa, zostaje osiągnięty cel danego prawa, którym jest ograniczenie występowania zakazanego przezeń negatywnego zjawiska w społeczeństwie.

I jeszcze na koniec – prawny zakaz niewierności małżeńskiej nie musi oznaczać, iż winne osoby szłyby zań do więzienia. Takie postawienie sprawy wynika bowiem z błędnego założenia, jakoby wsadzenie kogoś za kratki było jedyną możliwą i najlepszą karą. Tymczasem, istnieje wiele możliwych, a przy tym mogących się okazać lepszymi i bardziej wychowawczymi od więzienia sankcji karnych, np. grzywna, prace społeczne, chłosta, zakucie w dyby. Dlaczego niby mamy sądzić, iż każde przestępstwo powinno być karane więzieniem?

 

PS. Przeczytaj też:
http://salwowski.net/2016/03/01/czy-cnota-powinna-byc-wymuszana-policyjna-palka/

Libertarianizm kontra tradycyjne chrześcijaństwo