Wzgardzone prawdy, zapomniane wartości

Dzika teologia „Dzikiego serca”

Jednym z niekwestionowanych bestsellerów na chrześcijańskim rynku wydawniczym ostatnich lat była książka „Dzikie serce – tęsknoty męskiej duszy” autorstwa Johna Eldredge’a. I nie ma w tym niczego dziwnego – wszak publikacja ta ze swą przewodnią myślą o potrzebie powrotu chrześcijańskich mężczyzn do bardziej męskich aspektów swej natury i pragnień, siłą rzeczy trafiła w gusty i zapotrzebowania czytelników wywodzących się z „brzydszej płci”. Ów wydawniczy „strzał w dziesiątkę” spotęgowany został zwłaszcza przez to, iż rzeczywiście żyjemy w świecie, gdzie często, nie tylko w jego laickiej, ale także chrześcijańskiej części próbuje się w mężczyznach i chłopcach wydatnie osłabiać niektóre z ich stricte męskich cech – „Dzikie serce” zostało przyjęte jako coś w rodzaju „odtrutki” na owe „feminizujące” mężczyzn trendy kulturowe. I z pewnością nie sposób odmówić owej książce szeregu słusznych spostrzeżeń. Czy jednak aby na pewno Eldredge daje nam tu odtrutkę na feminizację chrześcijańskich mężczyzn, która wyrzuci jedną chorobę i nie stworzy poważnego ryzyko popadnięcia w inne groźne schorzenie? Mam ku temu pewne dość poważne wątpliwości.

Czy Bóg jest dziki?

Pierwszą rzeczą, która wzbudza głęboki niepokój w tej książce jest już sam jej tytuł oraz konsekwentnie stosowana terminologia, która słowa „Dziki”, „dzikie”, dzikość” ukazuje w bardzo pozytywnym świetle, pokazując owe, jako zatracony ideał do którego dążyć powinni chrześcijańscy mężczyźni. Jest więc sugerowane, iż tytułowe „Dzikie serce” to nie skażone przez grzech i wady serce przed którym Pismo św. przestrzega, iż jest ono zdradliwe i by mu nie ufać (Jeremiasz 17, 9), ale nowe, dobre serce, które Bóg daje nawróconym i w którego wnętrzu umieszczone jest Boże prawo (s. 135). W pewnym momencie Eldredge nawet Boga nazywa „dzikim” (s. 24).

Za chwilę więcej uwagi poświęcę rozważaniom na temat sugerowanego przez Autora książki rozumienia terminów oznaczających „dzikość”, jednak już w tym momencie można stwierdzić, iż co najmniej nieroztropne jest aprobatywne używanie słów, które w mniej lub bardziej powszechnym znaczeniu są kojarzone z obiektywnie złymi, niebezpiecznymi lub podejrzanymi rzeczami. I zastrzeżenie to nie traci zasadniczo swej mocy i ważności, nawet jeśli osoby używające takich określeń nie solidaryzują się z częścią lub całością negatywnych konotacji związanych z takowymi. Co byście wszak np. powiedzieli, gdyby ktoś w słowach pochwalnych używał określenia „nazizm” mimo, że deklarowałby przy tym, iż nie rozumie przez to słowo poparcia dla rasizmu, ubóstwiania „Fuhrera”, etnicznego antysemityzmu i społecznego darwinizmu, ale tylko miłość do własnej ojczyzny i szacunek dla pewnych tradycyjnych wartości moralnych? Oczywiście, w najlepszym wypadku uznalibyśmy takiego człowieka za nieuka, który wprowadza zamęt pojęciowy poprzez nieodpowiedzalne posługiwanie się słowem. Tymczasem określenie „dziki” choć nie ma aż tak jednoznacznie i skrajnie negatywnego znaczenia w odbiorze społecznym jak słowa „nazizm” czy „nazistowskie” to jednak w najlepszym przypadku jest ono bardzo dwuznaczne. Ogólnie rzecz biorąc przez „dzikość” zwykło się nazywać stan nieokrzesania, braku kontroli, etc. W świecie zwierząt jako „dzikie” często określane są te z owych stworzeń, które mogą zagrażać ludziom. Z kolei pośród ludzkich społeczności mianem „dzikich” tradycyjnie zwykło nazywać się te z nich, które charakteryzowały się prymitywnym (na poziomie cywilizacyjnym oraz kulturowym) stylem życia oraz pewnymi niemoralnymi lub niebepiecznymi praktykami w rodzaju uczt kanibalistycznych, zabijania dzieci, składania krwawych ofiar z ludzi, poligamii, torturowania jeńców czy publicznej nagości. I tak się też składa, że zazwyczaj tym słowem określano społeczności pogańskie (a więc czczące wielu bożków). Również, kiedy spojrzymy na nieco inną sferę relacji społecznych widzimy, że „dzikość” jest utożsamiana z czymś złym i niepożądanym – czyli np. bezprawiem, nieporządkiem, chaosem, anarchią – przykładowo, zachodnie pogranicza USA z czasu, gdy ośrodki władzy państwowej były słabo rozwnięte i w związku z tym miała szerzyć się tam przestępczość (co do tego ostatniego to podobno mit, ale stanowi to już odrębny temat) nazywało się właśnie „Dzikim Zachodem”. Dałoby się więc wymienić wiele negatywnych znaczeń słowa „Dziki”, a mało tych pozytywnych (czymś takim jest widok nietkniętych ręką ludzką lasów, jezior, gór – ale to jest chyba jednak zbyt mało, by zrównoważyć szereg złych skojarzeń z tym związanych).

Nie jest więc roztropnym próba oswajania chrześcijan z słowami typu „Dziki”, „dzikie”, „dzikość”. Czy nie lepiej mówić i pisać po prostu o tym, że mężczyzna powinien być odważny i waleczny, nie dodając przy tym, iż ma być „dziki”. W ten sposób poruszalibyśmy się wszak jeszcze na terenie słów, których znaczenie jest ogólnie rzecz biorąc w sposób jasny pozytywne, nie zapuszczając się przy tym na obszar pojęciowego zamętu i wieloznaczności. Niestety Eldredge postanowił postawić w jednym szeregu odwagę i waleczność z dzikością, przez co już na samym początku wprowadził do swych rozważań poważną wieloznaczność.

Tym bardziej trudno zgodzić się z nazywaniem samego Pana Boga „dzikim” – wszak prawdziwy Bóg „nie jest Bogiem nieładu, lecz pokoju” (1 Koryntian 14, 33). Postać o której można by powiedzić, iż „jest dzika” stanowi raczej szatan, aniżeli Pan Bóg. To bowiem szatan i jego demony, a nie prawdziwy Bóg popierają i szerzą rzeczy utożsamiane z dzikością, a więc np. bezprawie, chaos, nieporządek, pewne z niemoralnych i okrutnych praktyk. Pewną niemałą wątpliwość wzbudza też sugestia Autora „Dzikiego Serca” jakoby dzika przyroda w swym obecnym stanie (również z tym jej elementem, jakim jest zabijanie mniejszych zwierząt przez większe) była odzwierciedleniem pierwotnego zamierzenia Bożego względem ziemi (s. 41). Otóż, wedle znanej mi opinii teologicznej (która wydaje się być tradycyjną, czyli mocno rozpowszechnioną przez wieki) negatywne skutki grzechu pierworodnego nie dotknęły tylko rodzaju ludzkiego, ale skaziły też świat przyrody. Po grzechu naszych pierwszych rodziców nie można więc w sposób bezproblemowy i jednoznaczny powiedzieć, że „człowiek jest dobry” ani nawet, iż wszystko w przyrodzie jest dobre. Zdecydowanie bardziej poprawne jest określenie, że tak w ludziach, jak i przyrodzie ścierają się ze sobą jednoznacznie dobre elementy z rzeczami, które są następstwem skażenia grzechem pierworodnym. Można zaś mieć wątpliwości co do tego, czy w świecie nie skażonym owym grzechem niedźwiedzie Grizzly polowałaby na łososie oraz ogólnie rzecz biorąc zwierzęta byłyby dzikie, uciekałby od ludzi, etc. Jedna z wizji przywróconego przez Boga szczęścia rajskiego pozwala nam raczej domyślać się, iż podobnych rzeczy tam by nie było – w Księdze Izajasza czytamy wszak, iż nastanie czas, w którym: „Wilk z jagnięciem będą się paść razem, a lew jak bydło będzie jadł sieczkę, wąż zaś będzie się żywił prochem. Nie będą źle postępować ani zgubnie działać na całej świętej górze- mówi Pan.” (tamże: 65, 25). A zatem stwierdzenie (bez żadnych rozróżnień i wyjaśnień) autora „Dzikiego serca”, iż dzika przyroda „jest dobra” oraz, że „Bóg kocha” wszelkie stworzenia „z ich nieprzejednaną dzikością” jest poważnie problematyczne. Bóg owszem kocha i opiekuje się wszelkim swym stworzeniem, ale to nie znaczy, że kocha w owych dokładnie wszystkie ich cechy.

William Wallace jak Jezus?

W swych rozważaniach John Eldredge kilkukrotnie przywołuje postać Williama Wallace, znanego szerszej publiczności z filmu Mela Gibsona pt.”Braveheart”przywódcy trzynastowiecznego powstania Szkotów przeciw królowi Anglii. Autor „Dzikiego serca” nie waha się nawet pisać, iż Wallace przypomina mu Pana Jezusa (s. 40), w innym zaś miejscu konstatuje, iż wolałby by, aby kazano mu być podobnym raczej do Williama Wallace niż Matki Teresy (s. 34). Czy takie stwierdzenia i porównania aby na pewno są jednak na miejscu? Jeśli weźmiemy pod uwagę tak wizerunek Wallace, jaki znamy z filmu „Braveheart” to owe porównanie nie wydaje się być stosowne – w owym obrazie ów człowiek wszak cudzołoży, przewodzi zbrojnej rebelii przeciwko prawowitej władzy oraz okrutnie mści się na swych wrogach. Niewiele lepiej sprawa ta też wygląda, gdy uwzględnimy bardziej historyczny obraz Wallace’a – wszak brał on udział w wystąpieniu zbrojnym przeciwko władzy angielskiego króla; władzy, którą przypomnijmy uznali wcześniej rządzący Szkocją baronowie (więcej na temat historycznych okoliczności owego powstania można przeczytać w tekście umieszczonym pod tym linkiem: http://kulturadobra.pl/waleczne-serce/). Tak czy inaczej, działanie Wallace było niemoralne oraz bezbożne, gdyż stanowiło akt rebelii przeciwko prawowitej władzy. Czy jednak tak postępował Pan Jezus i Apostołowie (którym powierzył mandat nauczania całej Prawdy w Jego świętym Imieniu)? Oczywiście, że nie. Chrystus Pan nie wzywał do powstania zbrojnego przeciw rzymskiej okupacji (choć wielu Żydów oczekiwało, iż tak uczyni) – przeciwnie w pewien sposób potwierdzał legalność zwierzchności Imperium Rzymskiego nad Palestyną (np. mówiąc, iż należy płacić podatki cezarowi – Mateusza 21, 21czy też twierdząc, iż władza rzymskiego namiestnika, Poncjusza Piłata została mu „dana z góry” – Jan 19, 11). Podobnie, np. św. Paweł Apostoł nawet w kontekście tak złego władcy, jakim był Neron (szaleniec, matkobójca i morderca chrześcijan) uczył, że należy podporządkować się władzom cywilnym, gdyż „nie ma władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są przez Boga zostały ustanowione” (Rzymian 13, 1-2).To więc Matka Teresa była bardziej podobna do Jezusa, aniżeli William Wallace.

Picie, palenie, przeklinanie – dowodem prawdziwej męskości?

John Eldredge pisze: „Nie palimy, nie pijemy ani nie przeklinamy; to znaczy nie robimy akurat tego, co czyni z nas mężczyzn” (s. 19). Co mają znaczyć te dziwne słowa? Czy np. tzw. przeklinanie (a poprawniej mówiąc – wulgarna mowa) ma być zatem jedną z oznak prawdziwie męskiego, „dzikiego serca”, którego odkrycie w sobie i za którym podążanie postuluje Autor? Eldredge nie kontynuuje i konkretyzuje tego stwierdzenia, przez co pozostawia nas w poważnej wątpliwości, czy przez cytowane wyżej zdanie nie chciał on czasem wyrazić swego poparcia dla potępionego przez Pismo święte i tradycyjną moralność chrześcijańską zachowania, którym jest używanie wulgarnej mowy (patrz: Efezjan 4, 29; „Didache”, „Konstytucje Apostolskie”).

Autor „Dzikiego serca” w pewnym momencie krytykuje niechęć wobec m.in. tańca, gry w karty oraz chodzenia do kina, sugerując, iż podejście do świętości zakładające unikanie takich rzeczy jest „płytkie i śmieszne” (s. 151). I tym razem Eldredge wyraża się co najmniej dwuznacznie. Czy chodzi mu bowiem o najbardziej rozpowszechnione w naszej kulturze tańce damsko-męskie czy też może o innego rodzaju pląsy? Jeśli o te pierwsze – to jak najbardziej pobożne życie chrześcijańskie winno zakładać ich unikanie (chyba, że mamy na myśli te z nich, które odbywają się w ramach małżeństwa). Czy pisząc o „grze w karty” ma na myśli hazard czy może rekreacyjną grę w karty bez pieniędzy? Jeśli to pierwsze, to owszem hazard choć nie jest zawsze moralnie zły, to jednak zazwyczaj stanowi poważne niebezpieczeństwo grzechu i dlatego podobnie jak tańce damsko-męskie winien być stanowczo odradzany chrześcijanom. W kontekście kina Autor pisze, że jest „wiele dobrych filmów w świecie„. I w sensie względnym, być może jest to prawda, jednak niektóre z filmów, na które sam Eldredge aprobatywnie powołuje się w swej książce budzą poważne wątpliwości (np. przywołany wcześniej „Braveheart” czy wręcz bluźnierczy „Michael”).

Dzika teologia

Podsumowując: książka „Dzikie serce – tęsknoty męskiej duszy” choć zawiera wiele dobrych i słusznych myśli ma w sobie też niemało stwierdzeń bardzo dwuznacznych, wątpliwych i niejasnych. Lepiej zatem przybrać wobec niej postawę dużego krytycyzmu.